sobota, 31 stycznia 2015

ORGANIQUE - złoty peeling cukrowy Eternal Gold

Kosmetyki Organique polubiłam od razu, o moim pierwszym spotkaniu z peelingiem tej firmy (solnym) możecie przeczytać tutaj. Dzięki Shinybox mogłam poznać też kolejny peeling Organique, tym razem cukrowy, z ekskluzywnej linii Eternal Gold.


Kilka informacji od producenta:
Peeling o perfumowanym zapachu, z kryształkami cukru zatopionymi w olejku sojowym i maśle Shea, które delikatnie masują i złuszczają zrogowaciały naskórek. Po zabiegu skóra odzyskuje blask i promienny wygląd, jest miękka, gładka, pachnąca i delikatnie rozświetlona.

Skład:

Peeling ma pojemność 200 g, a zapłacić za to trzeba niestety aż 68 zł. Czy warto? Same oceńcie, zapraszam do dalszej części posta. Produkty Organique można kupić online bądź w ich sklepach stacjonarnych, których niestety nie ma zbyt dużo.

Opakowanie w zasadzie jest w klimacie Organique -  plastikowy słoiczek z aluminiową nakrętką, jednak trochę inne niż w większości ich produktów. Na wieczku nie ma wytłoczonej nazwy marki, jest naklejka, opakowanie wygląda jakoś tak... bardziej elegancko? Nie chcę przez to powiedzieć, że pozostałe opakowania są nieeleganckie, po prostu to wydaje mi się bardziej ekskluzywne. Teoretycznie peeling posiada dodatkowe zabezpieczenie w formie naklejki-plomby. Dlaczego tylko teoretycznie? Jak widać na poniższym zdjęciu nawet po odkręceniu naklejka wygląda na nienaruszoną, więc to i tak nie daje nam pewności, że słoiczek nie był wcześniej ruszany. Opakowanie łatwo się odkręca, słoiczek jest niski, bardzo łatwo wygrzebać z niego peeling do samego końca.


Peeling ma złoto kremowy kolor, a konsystencja kosmetyku jest taka... piankowa :) Delikatna, puszysta, a w tej piance sporo całkiem nieźle zdzierających cukrowych drobinek. Zapach jest dość wyrazisty, przyjemny. Jest tam nuta charakterystyczna dla kosmetyków z masłem shea, ale nie tylko, Przebijają się też inne nuty, które trudno mi określić. Po aplikacji zapach peelingu jest jeszcze przez jakiś czas wyczuwalny na skórze.


Peeling solny szybko stał się moim ulubieńcem, ale teraz został zdeklasowany przez ten peeling cukrowy! Używanie go było wielką przyjemnością, skóra była wyraźnie gładsza - drobinki dość mocno ścierają naskórek, zwłaszcza na sucho. Kosmetyk pozostawiał na skórze lekko tłustawą powłokę, jednak dużo delikatniejszą niż peeling solny. Nie było potrzeby dodatkowego stosowania balsamu czy innego nawilżacza. Wcześniej miałam na udach sporo drobnych krostek, po których obecnie w zasadzie nie ma już śladu - zniknęły po kilku użyciach tego peelingu :)
Jeśli chodzi o wydajność to jest niestety średnia, mi peeling wystarczył chyba na 6 użyć, ale za to jakich przyjemnych! Z pewnością dużym ograniczeniem dla wielu z nas jest cena, ale czasem chyba warto sprawić sobie odrobinę luksusu, albo podrzucić bliskim pomysł na prezent :) Ja z pewnością będę śledziła promocje, może uda mi się kupić to cudo w nieco niższej cenie :)


Miałyście ten peeling? Polubiłyście go tak bardzo jak ja? A może macie jakiegoś innego peelingującego ulubieńca?

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Nowości styczniowe

Styczeń powoli się kończy, nie planuję już nic więcej kupować kosmetycznego, więc bez obaw mogę przedstawić Wam moje styczniowe nowości :)

Pierwsza część to moje własne, prywatne zakupy. Miałam mocne postanowienie, żeby w styczniu nie kupić więcej niż 3 kosmetyki i w zasadzie można powiedzieć że mi się udało. No bo płatki to takie nie całkiem kosmetyki, a musiałam je kupić, bo nie miałabym czym zmywać makijażu :>


CLEANIC - płatki kosmetyczne
Standardowo, promocyjnie w Naturze za 10 zł bez grosika.

JOANNA - guma stylizująca
Na moich krótkich włosach to właśnie guma z produktów do stylizacji spisuje się najlepiej. Tej jeszcze nie miałam, ale pierwsze wrażenia są bardzo pozytywne :)

MARION - jedwab do włosów farbowanych
Swój pierwszy w życiu jedwab do włosów dostałam za grosik przy zakupie farby do włosów. Od tamtej pory używam go regularnie - jest tani a do tego przy swojej malutkiej pojemności ogromnie wydajny:)

ALTERRA - rumiankowa pomadka do ust
Wiem, w poście o moich zapasach kosmetycznych pisałam, że z zakupem pomadek powinnam się wstrzymać, bo mam ich wystarczająco dużo. Ale! Ja wcale nie kupiłam pomadki - ja kupiłam odżywkę do rzęs! Na kilku blogach widziałam, że dziewczyny używały tej pomadki jako odżywki, więc postanowiłam sprawdzić czy u mnie też zda egzamin :) Żeby udokumentować efekty zrobiłam sobie zdjęcia moich rzęs "sprzed kuracji".


Może moje rzęsy nawet nie są takie złe, ale chciałabym żeby były przede wszystkim ciemniejsze i bardziej gęste. No i dłuższe oczywiście też :) Zobaczymy c o z tego wyjdzie.


W grudniu zeszłego roku udało mi się wygrać w konkursie z mnóstwem nagród na blogu u Lili. Moją nagrodą był bon na 50 zł do wykorzystania w sklepie z naturalnymi kosmetykami Biosna. Święta, Sylwester, Nowy Rok - wiadomo: zamieszanie. Ale już na początku stycznia skontaktowała się ze mną Pani Anna. Bon mogłam wykorzystać do końca lutego, sklep wziął również na siebie koszty przesyłki. Jako że mnie okres świąteczno-noworoczny nieco zrujnował finansowo postanowiłam wybrać kosmetyki w ten sposób, żeby nie dopłacać do nich zbyt dużo, ale planuję jeszcze powrót do tego sklepu:) Po kilku dniach wybierania, zmiany zdania, ponownego wybierania itd.  zdecydowałam się ostatecznie na dwa kosmetyki, a sklep ze swojej strony do paczki dorzucił też kilka próbek.


SO BIO - woda do demakijażu oczu i twarzy
Kosmetyk ten nie zawiera alkoholu, jest bogaty w składniki naturalne i organiczne, usuwa makijaż, odżywiając jednocześnie zmęczoną skórę. 

SO BIO - peeling do twarzy z bio aloesem
To kosmetyk, który organicznymi perełkami jojoba ma oczyścić moją skórę pozostawiając ją czystą, miękką i świeżą. Jego bardzo delikatna formuła ma podobno idealne działanie nawilżające.

Oba kosmetyki są ekologiczne i certyfikowane przez ECOCERT.


Jeśli o nowościach mowa, to w styczniu moje zapasy powiększyły się o następne pięć kosmetyków z Shinyboxa, o którym możecie przeczytać tutaj.

Próbowałyście Alterry jako odżywki? Który z kosmetyków zaciekawił Was najbardziej? No i czy udało Wam się w styczniu zadowolić Wasze portfele? :)

sobota, 24 stycznia 2015

BIOLIQ - intensywne serum rewitalizujące

Wczoraj zdenkowałam swoje serum, więc pora na parę słów na jego temat :)


Jakie cuda obiecuje nam producent?
BIOLIQ Intensywne serum rewitalizujące to dermokosmetyk, którego substancje aktywne otrzymywane są w wyniku ekstrakcji, pozwalającej na skuteczne zachowanie ich unikalnych właściwości. Składnikiem przewodnim serum jest ekstrakt z kawioru (Acipenser spp.), który jest bogatym źródłem protein, lipidów, witamin i minerałów. Dzięki temu serum intensywnie stymuluje rewitalizację skóry: aktywnie regeneruje, nawilża i odżywia, co znacząco poprawia jej wygląd i kondycje. Dzięki obecności składnika aktywnego, wyizolowanego z korzeni tarczycy bajkalskiej, BIOLIQ Intensywne serum rewitalizujące poprawia także jędrność i elastyczność skóry, jednocześnie hamując starzenie jej komórek na drodze enzymatycznej, poprzez zwiększenie liczby podziałów komórkowych. Ekstrakt z korzeni tarczycy bajkalskiej przedłuża aktywne życie fibroblastów o ok. 10% i opóźnia proces ich starzenia. Jego wpływ na skórę oznacza odmłodzenie populacji fibroblastów do kondycji porównywalnej ze skóra młodszą o dekadę. Co więcej, oddziałując na metabolizm preadipocytów i adipocytów, serum znacząco redukuje podwójny podbródek, co widocznie wpływa na kontur twarzy. Dodatkowo wyrównuje koloryt skóry, rozjaśniając przebarwienia i niewielkie plamki.

Skład:

Ja swoje serum dostałam w ramach prezentu mikołajkowego. Ma ono pojemność 30 ml i z tego co znalazłam w Internecie to kupić je możemy za jakieś 14-20 zł (choć znalazłam też ceny sporo wyższe). Na pewno można je znaleźć w aptekach stacjonarnych i internetowych, na allegro; nie wiem czy gdzieś jeszcze.

Serum umieszczone jest w estetycznej butelce z grubego mlecznego szkła, wygląda naprawdę ładnie i elegancko, trochę ekskluzywnie. Do aplikacji mamy wygodną pipetkę, która jednorazowo nabiera ilość kosmetyku odpowiednią do pokrycia twarzy i szyi. Butelka jest przezroczysta, dzięki czemu widać ile produktu jeszcze nam zostało. Dodatkowo butelka zapakowana jest w kartonik, na którym znajdziemy wszystkie potrzebne informacje - opis, skład, datę ważności itp. Wszystkie te informacje znajdziemy również na buteleczce.


Po otwarciu pudełka oceniając serum po kolorze byłam święcie przekonana, że będzie miał konsystencję olejku. A tu niespodzianka :) Serum jest czymś pomiędzy żelem a płynem, ma żółtawo-złote zabarwienie. Jest odpowiednio gęste, aby nie spłynąć podczas aplikacji bezpośrednio na twarz (mi tak było właśnie najwygodniej), ale też na tyle płynne że bez najmniejszych problemów się rozprowadza. Zapach jest delikatny, przyjemny, nie utrzymuje się zbyt długo na skórze.


Serum stosowałam dwa razy dziennie. Wchłania się naprawdę szybko, więc bez obaw można go używać rano, pod makijaż. Jeśli chodzi o kwestię nawilżenia to jest ono zauważalne, ale przy mojej suchej skórze nie ma opcji żeby zastąpiło krem. Ale nawilżenie było na tyle dobre, że jak nakładałam serum wieczorem, to mogłam spokojnie odczekać około godziny przed nałożeniem kremu, a moja skóra nie wołała o pomoc :) Co do wyrównania kolorytu i rozjaśniania przebarwień nie zauważyłam żadnych spektakularnych efektów, jeśli były to naprawdę bardzo subtelne. Zaś co do poprawy owalu twarzy i redukcji drugiego podbródka to traktowałam to raczej w kategorii gruszek na wierzbie i niczego takiego nie oczekiwałam. Ale! Ostatnio jak byłam u mojej Mamy to powiedziała mi, że zeszczuplałam na twarzy, więc może coś w tym jest? :) Żeby nie było - nie schudłam tak ogólnie, Mama zauważyła zmianę tylko w mojej twarzy. Niestety nie pomyślałam o tym, żeby zrobić zdjęcia "przed" i "po" - może wtedy mogłabym się do tego jakoś odnieść. W każdym razie potraktujcie to raczej w kategorii ciekawostki niż realnej obietnicy. Ja na pewno następnym razem zrobię zdjęcia :D

Serum wystarczyło mi na około miesiąc używania dwa razy dziennie, więc wydajność jest średnia, ale nie jest zła. Myślałam że uda mi się zużyć samej końcówki, ale znalazłam sposób: ściśniętą pipetkę wkładałam do buteleczki i dopiero wtedy ją zakręcałam. I w ten sposób zużyłam serum do ostatniej kropelki :)

Serum Bioliq nie jest może idealne, nie spełniło wszystkich obietnic producenta i moich oczekiwań, ale spodobało mi się na tyle, że chyba co jakiś czas będę do niego wracać.


Używałyście tego serum? A może jakieś inne skradło Wasze serce? Podzielcie się refleksjami :)

wtorek, 20 stycznia 2015

Shinybox styczeń 2015

Po ostatnich rewelacyjnych (przynajmniej dla mnie) pudełkach Shiny miało wysoko postawioną poprzeczkę. Bardzo mnie ciekawiło czy uda im się utrzymać wysoki poziom :)

Hasłem przewodnim styczniowego pudełka było "Winter in the city". Miał to być zimowy zestaw z kosmetykami, które pozwolą nam właściwie zadbać o skórę zimową porą, a także cieszyć się zdrową i promienną cerą.

Zewnętrzne pudełko mnie nie porwało, było takie zwykłe, szare, minimalistyczne (zresztą te i tak najczęściej wyrzucam). Wewnętrzne mi się spodobało, aczkolwiek dla mnie miałoby więcej uroku bez modelki, z samym tylko widokiem :)


W pudełku znalazły się 3 pełnowymiarowe produkty, 2 miniatury i jedna próbka. Nie było tym razem żadnych dodatkowych kosmetyków - ani dla subskrybentek, ani z losowania, konkursu itp. 

Co dokładnie znalazło się w pudełkach?

BEAUTYFACE - innowacyjne serum do twarzy
Średnia cena 30,00 zł / 10 ml - w pudełku znalazł się produkt pełnowymiarowy
Info z ulotki: Produkt w formie żelu o wyjątkowej koncentracji składników aktywnych. Nie zatyka porów. Serum jest przebadane dermatologicznie i współgra z każdym typem pielęgnacji skóry. Świetnie nadaje się także do masażu.

Marka zupełnie mi nie znana, jest to nowość na rynku. Aktualnie na stronie internetowej producenta jest promocja i serum można nabyć za niecałe 20 zł. W ofercie znajduje się siedem rodzajów serum, w Shiny losowo przydzielane były cztery. W moim pudełku znalazło się serum dotleniające, które zużyję z ciekawością. 

SYLVECO - oczyszczający peeling do twarzy
Średnia cena 20,00 zł / 75 ml - kolejny pełnowymiarowy produkt
Info z ulotki: Hypoalergiczny, kremowy peeling z korundem przeznaczony do oczyszczania skóry. Dotlenia, poprawia jej ogólny stan, zmniejsza pory i reguluje wydzielanie sebum. Drobinki ścierające są mocne i doskonale złuszczają martwy naskórek. 

Mam trochę mieszane uczucia... Generalnie z obecności Sylveco bardzo się cieszę, miałam okazję używać tylko pomadki z peelingiem i kilku próbek dołączanych do Shinyboxów, ale kosmetyki tej marki zbierają wiele pochlebnych opinii w Internecie. Problem jest taki, że peeling jest przeznaczony do skóry ze skłonnością do przetłuszczania, z rozszerzonymi porami, a ja mam suchą aczkolwiek ze skłonnością do niedoskonałości. Czy któraś z Was z suchą skórą używała tego peelingu? Trochę się boję, że niechcący mogę sobie zrobić nim krzywdę :(

SYLVECO - szampon do włosów
Średnia cena 24,00 zł / 300 ml - produkt w pudełku jest pełnowymiarowy
Info z ulotki: Produkt hypoalergiczny, przeznaczony do pielęgnacji każdego rodzaju włosów. Przywraca ich miękkość i elastyczność oraz intensywnie je nawilża.

Ja znalazłam w swoim pudełku odbudowujący szampon pszeniczno-owsiany oraz próbkę balsamu myjącego z betuliną. Możliwa była również kombinacja odwrotna - pełnowymiarowy balsam myjący i próbka szamponu. Próbkę tego balsamu już kiedyś miałam i byłam zadowolona (wystarczyła mi na dwa użycia), więc mam nadzieję, że szampon będzie równie dobry :)

GLAZEL - perełki rozświetlające skórę
Średnia cena 45,00 zł / 17 g - dostałyśmy miniaturę o wadze 11 g (~ 29 zł)
Info z ulotki: Dzięki lekko migoczącym drobinkom twarz nabiera subtelnego blasku, a odbijające światło pigmenty dają efekt rozświetlonej skóry. Delikatne drobinki sprawiają, że cera nabiera młodzieńczego, zdrowego i naturalnego wyglądu. Mogą być nakładane na całą twarz, na policzki lub dekolt.

Kwestia rozświetlaczy, bronzerów, róży itp. do dla mnie nadal czarna magia :) Uczę się, próbuję, kombinuję - w końcu coś pewnie z tego wyjdzie:) Opakowanie jest niewielkie, a kuleczki bardzo jasne, miękkie. Zobaczymy co dalej...

VEDARA - balsam odnawiający do ust z 24 karatowym złotem
Średnia cena 24,00 zł / 14 ml - w pudełku znalazła się miniatura o pojemności 7 ml (12 zł)
Info z ulotki: Ekskluzywny balsam zapobiega pękaniu i łuszczeniu się delikatnej skóry ust. Drobinki złota wnikają w skórę zapewniając szybki i doskonały efekt. Działa zmiękczająco, nadaje ustom piękny połysk i pełniejszy wygląd oraz zabezpiecza naskórek przed szkodliwym wpływem warunków środowiska - zimno, wiatr.

Vedara jest dla mnie zupełnie nową marką, choć z tego co kojarzę pojawiła się już w Shinyboxie przy okazji jakiegoś konkursu. Balsam nie ma zupełnie konsystencji balsamu, jest bardzo zbity. Najpierw myślałam że to przy transporcie, z zimna. Ale po kilku godzinach w mieszkaniu nadal jest zbity, przy pocieraniu wytwarza się olejowa warstwa. Pachnie przyjemnie, w pracy z koleżankami nie potrafiłyśmy jednoznacznie z czym nam się on kojarzy, ale po przyjściu do domu doznałam olśnienia: pachnie jak kisiel cytrynowy! Też macie podobne wrażenie, czy to tylko mi się tak wydaje? Żadnych drobinek złota tam nie widzę, zobaczymy jak się będzie sprawował podczas stosowania.

I to wszystko :) Tak prezentuje się cała zawartość pudełka:

Nie miałam efektu wow! po otwarciu pudełka, ale ogólnie jestem zadowolona. Nie bardzo tylko rozumiem zamysł tego hasła - dla mnie jedynym zimowym kosmetykiem może być tu balsam z Vedary, pozostałe są to dla mnie kosmetyki "całoroczne" :) Bardziej spodziewałam się tu jakiegoś kremu do rąk, do stóp, balsamu... nie wiem. Aczkolwiek ta kombinacja kosmetyków nawet odpowiada mi bardziej niż to, czego spodziewałam się bez podpowiedzi.

A wy subskrybujecie Shinyboxa? A może jakieś inne pudełko? Podoba Wam się zawartość?

sobota, 17 stycznia 2015

PLANETA ORGANICA - żel pod prysznic na bazie oleju z Ekwadorskiego Kakao

Rosyjskie kosmetyki kusiły mnie już od jakiegoś czasu i w grudniu zostałam złamana przez sklep Skarby Syberii. O moich zakupach możecie przeczytać tutaj. Lubię używać różnych nowych żeli pod prysznic, ale z uwagi na duże zapasy zdecydowałam się tylko na jeden - nazwa pobudzała moją wyobraźnię :)


Oto co znalazłam na jego temat na stronie sklepu:
Nawilża suchą skórę pozostawiając ją miękką i delikatną, a niepowtarzalny czekoladowy aromat zapewni doskonały nastrój na cały dzień.
Zalety produktu: nie zawiera syntetycznych barwników nie zawiera SLS i parabenów, nie testowany na zwierzętach, nowe opakowanie i wzornictwo
Organiczne Masło Kakaowe (Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter) - wykonuje się je z tłuszczów pochodzących z ziaren kakaowych. Dzięki swoim właściwościom nawilżającym i odżywczym w kosmetyce jest bardzo znane i powszechnie stosowane, nie tylko pielęgnuje skórę, ale też pięknie pachnie czekoladą i ma lekką konsystencję, przez co aplikacja jest prawdziwą przyjemnością. W swoim składzie zawiera wolne kwasy tłuszczowe, sterole, tokoferole, witaminy, biopierwiastki i naturalne antyutleniacze. Jest kosmetykiem w pełni tolerowanym przez naszą skórę i nie powoduje uczuleń, oprócz tego błyskawicznie się wchłania. Masło kakaowe idealnie nawilża, głęboko odżywia skórę całego ciała, zapobiega nadmiernej utracie wody, zmiękcza, nadaje skórze elastyczności i gładkości. Ukoi skórę i pomoże pozbyć się niechcianych przebarwień, stosowane przed opalaniem zabezpieczy skórę przed słońcem, zawiera bowiem naturalne filtry przeciwsłoneczne. Opalenizna po jego zastosowaniu dłużej się utrzymuje na skórze i ma piękny połysk, a skóra ładny koloryt. Zawiera naturalne antyutleniacze, dzięki czemu możemy dłużej cieszyć się młodą skórą, posiada również właściwości regenerujące, wzmacnia naturalną barierę lipidową.
Sok z Aloesu (Aloe Barbadensis Leaf Juice) - doskonale oczyszcza skórę dzięki czemu nabiera ona zdrowego i promiennego wyglądu, chroni warstwę lipidową skóry, nawilża ją i zatrzymuje wilgoć. Posiada doskonałe właściwości antyseptyczne, przeciwwirusowe, antybakteryjne i przeciwgrzybiczne. Chroni skórę przed szkodliwym wpływem środowiska, przyspiesza regenerację komórek, pobudza produkcję kolagenu i elastyny dzięki czemu odmładza skórę, przywraca równowagę kwasowo-zasadową. Odżywia skórę, nawilża, pomaga zachować elastyczność, świeży i zdrowy wygląd. 
Ekstrakt z Białej Herbaty (Camellia Sinensis Leaf Extract) - często nazywana jest „eliksirem młodości” bowiem jest wyjątkowo bogata w polifenole, ponadto zawiera dużą ilość kofeiny i witaminy C, dzięki zawartości teiny usprawnia krążenie naczyń włosowatych. Działa silnie antyoksydacyjnie opóźniając procesy starzenia, zapobiega powstawaniu przebarwień związanych z wiekiem. Koi podrażnienia, delikatnie nawilża, posiada właściwości antybakteryjne. Regeneruje skórę, dodaje jej blasku i witalności, czyni ją gładką, miękką oraz elastyczną.

Skład:
Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter (оrganiczne masło kakaowe), Lauryl Glucoside, TEA-Cocoyl Glutamate, Cocamidopropyl Betaine, Aloe Barbadensis Leaf Juice (sok z aloesu), Camellia Sinensis Leaf Extract (ekstrakt z białej herbaty), Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Aqua, Cellulose Gum, Parfum, Citric Acid, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid.

Żel dostępny jest w coraz większej ilości internetowych sklepów z kosmetykami rosyjskimi i/lub naturalnymi. Za opakowanie o pojemności 360 ml zapłacimy w granicach 12-20 zł. Duża rozpiętość cenowa, więc przed zakupami warto poszperać trochę i znaleźć odpowiednią dla nas opcję:) Ja za swój żel w Skarbach Syberii zapłaciłam 11,94 zł.

Opakowanie to solidna plastikowa butelka, jest nieprzezroczysta, więc zużycie produktu musimy oceniać po ciężkości butelki:) Jest smukła, estetyczna, poręczna i zakończona wygodną pompką. Jedno przyciśnięcie pompki dozuje jak dla mnie zbyt małą ilość kosmetyku, więc muszę przyciskać kilka razy; na szczęście pompka nie sprawia żadnych problemów i się nie zacina. Na opakowaniu nie znalazłam niestety naklejki z polskim opisem, a że rosyjskiego nie znam zupełnie to nie mam pojęcia co oprócz składu, pojemności i terminu ważności znajduje się z tyłu butelki.


Żel ma kremowy kolor, odpowiednio gęstą konsystencję, nie przelatuje przez palce. Zapach... Dla mnie to coś pomiędzy kakao, a gorącą czekoladą, taką z torebki:) Jest naprawdę bardzo przyjemny, łasuchy będą zadowolone. Niestety zapach jest dość ulotny i krótkotrwały, czuć go tylko chwilę podczas mycia. Na skórze po kąpieli ani w łazience nie jest wyczuwalny, a szkoda. Pieni się słabo. Czytając Wasze blogi trochę się dokształciłam i wiem że odpowiedzialny za to jest brak SLS w składzie, co dobrze świadczy o kosmetyku:) Mi żadne literki w kosmetykach nie szkodzą, nigdy nie zwracałam na to uwagi, za to wolę żele i płyny które się mocno pienią. 


Nie zauważyłam jakiegoś szczególnego nawilżenia skóry po jego stosowaniu, ale z całą pewnością nie wysusza on skóry. Przez to że nie pieni się tak jakbym chciała mam wrażenie że jest mniej wydajny od innych tego typu kosmetyków, bo po prostu zużywam go więcej. Używam najczęściej myjki lub gąbki z luffy i gdy używałam takiej ilości żelu co zwykle to nie wystarczało mi piany na pokrycie całego ciała.
Z całą pewnością nie jest to zły kosmetyk. Ba, wiele z Was pewnie nawet powie że jest bardzo dobry a ja nie zamierzam tego podważać. Tyle, że moje oczekiwania w stosunku do żeli pod prysznic są krótkie: ma się mocno pienić i dawać niezapomniane i przyjemne wrażenia zapachowe:) Tu niestety z pianą jest średnio, a zapach jest ulotny. Amatorki dużej piany mogą poczuć się nieco zawiedzione, ale za to osoby które zwracają uwagę na skład kosmetyków chyba będą zadowolone - wybór zostawiam Wam :)


A Wy zwracacie uwagę na skład? Wolicie dużą pianę czy niekoniecznie? No i czy próbowałyście już żeli Planeta Organica, niekoniecznie tego konkretnego?

środa, 14 stycznia 2015

LIRENE - peeling enzymatyczny

W listopadzie zeszłego roku zapragnęłam peelingu innego niż wszystkie dotychczasowe - dla mnie oczywiście:) W tym celu nabyłam peeling enzymatyczny Lirene. Pierwsza myśl: "Eeeee, bez tarcia? To się nie może udać". Czy pierwsza myśl była trafna? Zapraszam do czytania :)


Co na jego temat mówi producent:
To właściwy kosmetyk dla Ciebie, jeśli masz skórę wrażliwą lub skłonną do podrażnień, naczynkową lub bardzo suchą, która wymaga oczyszczenia i wygładzenia. Peeling enzymatyczny delikatnie złuszczający wyjątkowo delikatnie usuwa martwy naskórek, łagodzi i odświeża cerę. Twoja skóra odzyskuje promienny wygląd. Peeling odpowiedni dla skóry w każdym wieku.
Delikatny enzym pozyskiwany z papai dokładnie, ale bez konieczności tarcia, złuszcza zewnętrzne warstwy naskórka oraz ślady po niedoskonałościach, bez wysuszania i podrażniania skóry.
Wzbogacony o aktywny kompleks 3 ziół (arnika, kokoryczka, cyprys) pobudza proces odnowy naskórka, wzmacniając ścianki naczyń włosowatych.
Peeling enzymatyczny delikatnie złuszczający wygładza i uelastycznia skórę nadając jej promienny i młodszy wygląd.

Skład:

Peeling kosztuje 16-17 zł za 75 ml, ale aktualnie w Rossmannie jest promocja i można go nabyć za jedyne 9,99 zł. Ja swój kupiłam w Biedronce w jakiejś promocji chyba za 8 zł. Nie ma problemu z dostępnością - można go nabyć zarówno online, jak i w większości stacjonarnych drogerii.

Peeling znajduje się w miękkiej, różowej, lekko przezroczystej tubce - bez problemu możemy kontrolować zużycie. Zamknięcie stanowi biała nakrętka, na której stawiamy kosmetyk. Ja osobiście wolałabym zamknięcie typu "klik" z uwagi na to, że korzystałam z tego peelingu pod prysznicem i dość niewygodne było jego odkręcanie, pilnowanie nakrętki żeby gdzieś nie spadła i do tego jeszcze aplikacja kosmetyku. Ale nie było z tym tak źle :) Otwór, przez który wyciskamy peeling jest średniej wielkości - mi odpowiadał.


Peeling ma delikatnie różowe zabarwienie, zapach jest całkiem przyjemny, lekko różany. Kosmetyk nie zawiera żadnych wyczuwalnych drobinek, jest gładki, kremowy i odpowiednio gęsty, żeby nie sprawiać problemów podczas aplikacji. Nie przecieka przez palce, nie spływa z twarzy, łatwo się rozsmarowuje.


No i teraz najważniejsze - działanie. Szczerze? U mnie nijakie:/ Nie zauważyłam żadnych efektów. Coś tam ten peeling chyba robił, bo jak miałam go nałożony na twarz to czułam takie bardzo delikatne mrowienie, które tłumaczyłam sobie działaniem zawartych w peelingu substancji. Skóra może była gładsza, ale minimalnie - ja chyba jednak potrzebuję czegoś mocniejszego. Peeling zupełnie nie radził sobie z suchymi skórkami, nie zauważyłam żeby cera była bardziej promienna, nie widziałam żadnego złuszczania. Nie podrażniał i nie wysuszał - więc to na pewno na plus. Jeśli chodzi o wydajność to mi wystarczył na około 3 miesiące, więc nie jest źle. Ja z pewnością nie zakupię go ponownie, ale też nie nazwę go bublem. Chyba o prostu peelingi enzymatyczne nie są dla mnie :(


A Wy lubicie peelingi enzymatyczne czy wolicie jednak tradycyjne zdzieraki? Macie swoje ulubione peelingi enzymatyczne?

niedziela, 11 stycznia 2015

BELL Perfect Skin - utrwalająca baza pod cienie do powiek

Może trudno w to uwierzyć, ale wcześniej nigdy nie używałam bazy pod cienie. Jakąś namiastkę stanowił puder w kamieniu, którym matowiłam powiekę. Niestety mam dość tłuste powieki i po maksymalnie kilku godzinach mój makijaż przestawał wyglądać dobrze. W zasadzie to w ogóle nie wyglądał - do czasu aż postanowiłam kupić sobie prawdziwą bazę pod cienie. Postawiłam na Bell Perfect Skin.


Opis producenta:
Nakładana na powieki przed aplikacją cieni wzmacnia ich kolor i przedłuża trwałość makijażu. Zapobiega obsypywaniu się nakładanych cieni i gromadzeniu się ich w załamaniach powieki.
Zawiera mineralny filtr UVB.
Sposób aplikacji: Niewielką ilość bazy delikatnie i równomiernie rozprowadzić palcem na całej powiece, zaczynając od linii rzęs. Odczekać chwilę, aż baza wyschnie, następnie wykonywać makijaż.

Skład, który znajdziemy na naklejce słoiczka:

Baza kosztuje w granicach 17-21 zł; opakowanie ma pojemność 5g. Dostać ją możemy bez problemu w sieciówkach Natura i chyba Daily, ale również w innych drogeriach z kosmetykami Bell.

Opakowanie to plastikowy, poręczny, przezroczysty słoiczek z plastikową nakrętką. Kosmetyk ma w środku dodatkową plastikową nakładkę ochronną (w zasadzie to nie wiem przed czym). 


Baza ma delikatnie pastelowo fioletowy kolor, jednak na skórze ten odcień znika i jest w zasadzie bezbarwna. Ma kremową, aksamitną konsystencję; mi przypomina bazę kaszmirową z Daxa. Jest prawie bezzapachowa, ma bardzo lekko wyczuwalny pudrowy aromat. Łatwo się rozprowadza, ja używam do tego palca. Wiem, to niehigieniczne, ale dla mnie tak jest najwygodniej. Osoby, którym taka aplikacja nie odpowiada mogą bez problemu nakładać bazę pędzelkiem.


Baza ładnie podbija kolor cieni i zdecydowanie przedłuża ich trwałość. Na zdjęciu poniżej swatche w górnej połowie są bez bazy, w dolnej - z bazą. Na małym zdjęciu widać efekt mocnego (naprawdę mocnego) pocierania makijażu dłonią; jak widać cienie nałożone na bazę mimo że wyraźnie bledsze to jednak są nadal widoczne.


Ja z zakupu tej bazy jestem bardzo zadowolona, choć oczywiście nie mam żadnego porównania do innych baz. Ale cienie nałożone na nią rano trzymają się w stanie prawie idealnym do samego wieczora. Prawie - bo stają się nieco bledsze, ale nie osypują się ani nie rolują w załamaniu powieki, co do tej pory było moją zmorą. Wszystkie najważniejsze obietnice producenta zostały spełnione - makijaż jest bardziej wyrazisty, zdecydowanie trwalszy, a cienie się nie rolują, nawet po kilku godzinach. Jeśli chodzi o wydajność to używam tej bazy codziennie od około 2,5 miesiąca i została mi jeszcze połowa. Tak więc w zależności  od intensywności stosowania może wystarczyć na jakieś 4-6 miesięcy (choć czytałam również opinie osób, które używały jedno opakowanie około jednego roku).
Zdecydowanie będę do niej wracać choć nie wykluczam też wypróbowania innych produktów tego typu:)

A Wy miałyście tą bazę? A może macie jakąś inną, która jest Waszą ulubioną? Podzielcie się podpowiedziami :)

czwartek, 8 stycznia 2015

EVREE - wygładzający peeling do stóp

Dawno, dawno temu przed przeprowadzką, kiedy miałam jeszcze wannę a nie prysznic, było mi jakoś dużo łatwiej dbać o stopy. Wystarczyło je porządnie wymoczyć podczas kąpieli (a ja uwielbiałam wylegiwać się w wannie), czasem tarka, sporadycznie jakiś krem do stóp i wystarczało :) Niestety posiadanie prysznica pogorszyło stan moich stóp - tarka na bieżąco w użyciu, do tego muszę się wspomagać peelingami i kremami.

W jednym z Shinyboxów znalazłam niepozorny peeling. Niby łatwo dostępny, drogeryjny, ale ja go wcześniej nie widziałam (a może raczej nie zwróciłam na niego uwagi). Czy się polubiliśmy?


Na początek kilka słów od producenta:
Wygładzający peeling do stóp do każdego rodzaju skóry z naturalnym lawendowym olejkiem eterycznym. Peeling skutecznie usuwa martwe komórki naskórka oraz zapobiega tworzeniu się stwardnień i zrogowaceń bez zbędnego wysuszania skóry. Zwiększa zdolność skóry do przyjmowania składników odżywczych. Dzięki zawartości lanoliny i wosku pszczelego wspomaga odnowę i regenerację skóry. Urea nawilża i pozostawia stopy niezwykle miękkie oraz aksamitnie gładkie. Zawarty naturalny lawendowy olejek eteryczny ma działanie bakteriobójcze i grzybobójcze, łagodzi podrażnienia oraz działa odświeżająco. Przebadany dermatologicznie.

Skład:
Aqua (Water), Polyurethane, Caprylic/Capric Triglyceride, Urea, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-20, Petrolatum, Ethylhexyl Stearate, Cetyl Alcohol, Cera Alba (Beeswax), Lanolin, Pumice, Lavandula Angustifolia (Lavender) Oil, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Propylene Glycol, Diazolidinyl Urea, Iodopropynyl Butylcarbamate, Disodium EDTA, Sodium Hydroxide, Parfum (Fragrance), Linalool


Opakowanie zawiera 75 ml produktu, kupić je możemy w większości drogerii za cenę nie przekraczającą 10 zł.

Peeling zamknięty jest w plastikowej, dość miękkiej tubce zamykanej na klik. Opakowanie jest nieprzezroczyste, jednak patrząc pod światło bez problemu możemy zobaczyć ile jeszcze produktu nam zostało. Peeling stawiamy na nakrętce, dzięki czemu nie ma większego problemu z wydobyciem go do końca, zresztą dość łatwo możemy pod koniec rozciąć tubkę.


Peeling ma konsystencję kremu z zatopionymi niebieskimi drobinkami peelingującymi. Łatwo się rozprowadza, nie jest suchy więc nie odpada podczas masowania. Drobinek jest dość sporo i zdzierają naprawdę dobrze. Zapach to lawenda za którą nie przepadam, ale ta jest akurat z gatunku tych przyjemnych, delikatnych, nie babciowych :>


Peeling za kilka złotych, który wywołał wiele negatywnych głosów za swoją obecność w pudełku okazał się być naprawdę dobrym produktem! Całkiem nieźle masuje i zdziera stwardniały naskórek, do tego stopy są po nim przyjemnie nawilżone (choć ja i tak po użyciu stosuję jeszcze krem). Wygładzenie jest wyraźnie zauważalne już po pierwszym użyciu, a lawendowy zapach za którym nie przepadam nie jest zbyt uciążliwy. Pojemność nie jest może oszałamiająca, ale peeling jest naprawdę całkiem wydajny; na jedną stopę wystarcza mi ilość niewiele większa od tej ze zdjęcia powyżej. Co prawda bez tarki ostatecznie i tak się nie obejdę, ale peelingi używać będę, a Evree z pewnością będzie u mnie częstym gościem:) Taka jakość za tą cenę - grzech nie sprawdzić na własnych stopach!


A Wy znacie ten peeling? Używałyście go? A może polecacie jakiś inny dobry zdzierak do stóp?

wtorek, 6 stycznia 2015

Mania chomikowania #1


Ostatnio zrobiłam przegląd i porządki w moich kosmetycznych zapasach i jeśli chodzi o pielęgnację to trochę się przeraziłam... Dużo tego! Pewną motywacją w zużywaniu produktów do końca (przed rozpoczęciem kolejnych opakowań) jest już dla mnie projekt denko, ale podczas tych porządków postanowiłam wprowadzić u siebie cykl "Mania chomikowania" - jeszcze nie wiem czy będę go publikować co miesiąc czy rzadziej, pewnie wyjdzie w praniu:)

Przeanalizowałam sobie przede wszystkim skąd mi się biorą zapasy i doszłam do następujących wniosków:
1 - Shinybox
2 - duże zakupy w sklepach internetowych (u mnie: Yves Rocher, BingoSpa i Skarby Syberii)
3 - nieprzemyślane zakupy promocyjne (Taka niska cena? Muszę wziąć, najlepiej na zapas! Nieważne że mam 5 innych tego typu produktów!)
Stwierdziłam, że na pewno muszę wyeliminować punkt 3 i ograniczyć punkt 2. Z Shinyboxem na razie nie będę się rozstawać, ale kto wie - może na jakiś czas porzucę subskrypcję i będę zamawiała pojedyncze pudełka, które mi się spodobają? Rozważam też zakup Joyboxa, który ma się podobno ukazać gdzieś w połowie lutego, ale tu sprawa będzie prosta - sprawdzę jakie będą kosmetyki i zamówię albo nie:>

We wpisach z cyklu "Mania chomikowania" chciałabym robić podsumowania moich zapasów - tych używanych i tych zalegających (ilościowe, bez recenzji - w końcu to w większości nie wypróbowane kosmetyki), ale też przeanalizować co muszę/chciałabym kupić w najbliższym czasie. Z tym wiąże się też pewien plan, a w zasadzie postanowienie: nie będę kupować produktów/kosmetyków, których mam więcej niż dwa.

A teraz czas na spowiedź... W zestawieniu ujęłam tylko produkty pełnowymiarowe i w miarę spore miniatury. Nie ma tu żadnych typowych próbek w saszetkach jedno- czy dwurazowych.

CIAŁO
1 - żele/płyny pod prysznic/do kąpieli



Jak widać jestem żelomaniaczką... A do tego króluje u mnie Yves Rocher - głównie ze względu na ich cudowne zapachy. Nie licząc tych, które aktualnie mam "w użyciu" w moich zapasach pozostaje aktualnie 2,75 l żeli.

2 - żele peelingujące



Moje zapasy obejmują 6 szt., ale 3 z nich to miniaturki. Poza tymi "w użyciu" moje zapasy to 500 ml żeli.

3 - peelingi do ciała



Posiadam cztery peelingi, w tych nie rozpoczętych znajduje się 500 ml kosmetyku (aktualnie mam otwarty jeden z Eternal Gold).

4 - dezodoranty, antyperspiranty



Dove to "zasługa" Shinyboxa, sama kupuję raczek sztyfty albo kulki. Moje zapasy to 5 szt., z czego nie zaczęte to łącznie 300 ml Dove.

5 - płyny do higieny intymnej



Nie jest źle, bo tylko 2 sztuki, w tym jedna w trakcie używania :) Nie ruszone zapasy to 200 ml.

6 - mydła



Tu też w porządku, Dove stoi na umywalce i jest w ciągłym użyciu, a nad Organique ciągle myślę, więc nie rozpoczęty zapas to tylko 50g.

7 - olejki



Sztuki trzy, żadna nie rozpoczęta - razem 350 ml. Dodatkowo Avon jest z drobinkami, więc przed latem go nie ruszę.

8 - balsamy do ciała



Bielenda zaczęta, ale teraz czeka aż będzie cieplej, AA jakoś tak leży i leży, bo jestem leń i wolę balsamy pod prysznic:) Tak więc nie zaczęte mam 250 ml balsamu.

WŁOSY
9 - szampony



8 (osiem!) sztuk! Do moich krótkich włosów! Co prawda trzy z nich (Balneokosmetyki) to miniatury, Bania Agafii też nie jest duża, ale mimo wszystko to stanowczo za dużo. Nie licząc rozpoczętego Timotei i jednego Balneo w kolejce na użycie czeka 1080 ml różnych szamponów.

10 - stylizacja i pielęgnacja



Hmmm... Batiste w sumie powinien się znaleźć o jedną pozycję wyżej - w końcu to szampon:) Z produktami do stylizacji nie jest źle - mam po jednym produkcie: pianka, lakier, guma, jedwab, serum termoochronne, które używam. No i 3 odżywki/balsamy. Tu na swoją kolej czekają oba balsamy Banii Agafii, czyli 200ml.

TWARZ
11 - kremy do twarzy



W użyciu Pose jako krem na dzień i BingoSpa jako krem na noc. Ale inwentaryzacja pokazała, że ten rosyjski krem z rokitnika ma datę ważności do czerwca tego roku, Pose do lipca, a BingoSpa do kwietnia, więc nie wiem czy się wyrobię:> Nie rozpoczęte jest 145ml.

12 - maski, maseczki, serum i inne upiększacze



Sporo tego... Maseczki z BingoSpa mają termin ważności w okolicach połowy roku, więc je zużywam w pierwszej kolejności, ale i tak nie wiem czy dam radę:/ Generalnie zapas nie otwartych produktów to 490 ml różnych kosmetyków.

13 - demakijaż



W zasadzie niby 5 produktów, ale Yves Rocher to miniatura, Lierac też, a Biały Jeleń się kończy, więc tragedii nie ma:) W kolejce do otwarcia czeka 250 ml miceli.

14 - oczyszczanie, peelingi



Dwa produkty do oczyszczania/mycia twarz i dwa peelingi, z czego jeden się kończy - nie jest źle. Na otwarcie czeka jedynie 100 ml z Banii Agafii.

15 - kremy pod oczy



Tylko dwie sztuki, a i tak nie wiem czy zużyję przed upływem terminu ważności... Pose ma termin do lipca, a jego pojemność to aż 30ml, czyli sporo jak na krem pod oczy. Jak wiadomo ich wydajność jest duża, bo wystarcza tylko odrobina produktu. Oba kremu używam, więc zapasów jako takich brak:)

16 - pielęgnacja ust



Pięć sztuk + jedna w pracy. Anatomicals się kończy, a Nivea i Sylveco pewnie się zużyją do końca zimy:) Tylko Mariza o pojemności 10 ml czeka na otwarcie.

DŁONIE
17 - pielęgnacja dłoni



Dwa peelingi i trzy kremy (+ jeden w pracy). Trochę dużo, ale Avon jest do rąk i stóp, więc zobaczę jeszcze jak mi łatwiej pójdzie go zużyć. Generalnie  kolejce czeka 125 ml produktów, reszta się zużywa.

STOPY
18 - pielęgnacja stóp



Dwa peelingi, z czego jeden na ukończeniu i krem - jest dobrze:) Na rozpoczęcie czeka jedynie 100 ml peelingu.

KOLORÓWKA
19 - tusze do rzęs



Ich też mam stanowczo za dużo, część na szczęście jeszcze nie otwierana, więc nie wysycha niepotrzebnie. 3 sztuki w użyciu, a 3 sztuki to zapasy.

Reszty kolorówki tu ni umieszczam, bo raczej nie mam problemu z zapasami. Poza bazą pod cienie, którą mam w zapasie dzięki Shiny resztę kolorówki zużywam na bieżąco i raczej nie kupiję niepotrzebnie.

PODSUMOWANIE:
Absolutny zakaz kupowania: żeli pod prysznic, żeli peelingujących, kremów i maseczek do twarzy, szamponów i odżywek do włosów, kremów o rąk, peelingów do ciała i tuszy do rzęs.

Raczej wstrzymać się z kupowaniem: antyperspirantu, miceli, pomadek pielęgnacyjnych.

Chciałabym kupić w najbliższym czasie: odżywkę Long 4 Lashes (niestety Revitalash jest cenowo poza moim zasięgiem), skarpetki złuszczające (nigdy jeszcze nie próbowałam takiego cuda, polecacie jakieś konkretnie?) i błyszczyk do ust Made to Stay z Catrice (ale nie wiem jeszcze jaki kolor).

Muszę kupić: na chwilę obecną na szczęście nic :)

A jak Wasze zapasy? Też są takie duże czy to raczej ja jestem nienormalna? :>

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...