niedziela, 28 lutego 2016

Lutowe zakupy, czyli trochę się złamałam :)

W styczniu z zakupami było u mnie dość skromnie, za to denko było całkiem pokaźne :) Tworząc ostatnio Manię chomikowania zobaczyłam światełko w tunelu jeśli chodzi o zapasy, więc w lutym... trochę się złamałam :> 


Na początku miesiąca skusiła mnie promocja w Skin79 na maseczki w płacie:


O kolorowej serii maseczek pisałam w tym poście. Brązowa i zielona maseczka jest dla mnie, a pomarańczowa znajdzie nową właścicielkę, bo ja akurat za nią nie przepadam. Niestety nie było w magazynie maseczki fioletowej :( Jeśli chcecie wypróbować te maski to nadal trwa promocja 1+1 przy cenie obniżonej do 9,90 zł. Przy okazji skusiłam się na zestaw maska i BB z serii ślimakowej, a Skin79 do tego wszystkiego dorzuciło garść próbek :)

Był Daleki Wschód, więc postanowiłam przygarnąć też coś z tego bliższego, od naszych sąsiadów :)


Głównym powodem zakupów był szampon z efektem laminowania z Natura Siberica, o którym czytałam na blogu Arcy Joko. Mam nadzieję, że ja też będę z niego zadowolona :) Przy okazji w moim koszyku wylądowało kilka saszetek Bani Agafii - zdecydowałam się na dwie maski do włosów: maska "Blask i Elastyczność" oraz maska "Siedmiu Sił", do tego cukrowy peeling do ciała "Antycellulitowy" i maseczka do twarzy "Odświeżająca". Maski do włosów kosztowały niecałe 4 zł, a peeling i maseczka do twarzy nieco powyżej 5 zł.

Ostatnie zakupy są z Avonu:


Woda toaletowa Celebre to chyba jedyny słodkawy zapach, do którego chętnie wracam. Poza tym była w promocji za 20 zł, więc szkoda mi było nie wykorzystać okazji :) Przy okazji dorzuciłam zestaw do zdobienia paznokci - 12 różnych rodzajów ozdobnych kryształków. Pierwsze poszły już w ruch i jest całkiem nieźle :)

I to by było na tyle :) Trochę nowości się u mnie pojawiło, ale moje zapasy nie ulegną jakiemuś drastycznemu powiększeniu, więc nie jest źle. Do tego lutowe zużywanie też poszło mi całkiem nieźle i czuję się trochę rozgrzeszona.

A ile u Was pojawiło się nowości? Poszalałyście w tym najkrótszym miesiącu?

poniedziałek, 22 lutego 2016

Moje hity #4

Miała być dzisiaj recenzja, ale nie mam weny jakoś - w piątek dopadła mnie klątwa faraona i jeszcze dzisiaj nieszczególnie się czuję :( Zaczęłam przeglądać zdjęcia, które czekają na publikację i sklecenie posta i okazało się że od kilku miesięcy czekały zdjęcia z kolejną piątką ulubieńców... Jako że pojawiły się też inne godne polecenia kosmetyki, a nazbierało się też trochę gadżetów to pozmieniałam trochę koncepcje i dzisiaj pokażę Wam znów moje hity kosmetyczne, a z gadżetami zrobię osobny post.


Co nieco chyba i tak widać mimo rozmytego obrazu :) Ale po kolei:

BATISTE - suche szampony


Od bardzo długiego czasu w mojej łazience zawsze gości suchy szampon Batiste. Na razie kupuję różne rodzaje (nie miałam jeszcze dwa razy tego samego), żeby znaleźć swój ulubiony, ale chyba i tak nie będę mogła się zdecydować. To, co na pewno łączy wszystkie szampony Batiste, to ich skuteczność - dobrze odświeżają włosy nie pozbawiając ich przy tym blasku, delikatnie podnoszą je u nasady. Biały nalot który pozostawiają (to nie dotyczy wersji dla brunetek, ona zostawia ciemny nalot ☺) bez problemu można wyczesać lub wetrzeć we włosy. Te dwa szampony ze zdjęcia to wersje limitowane, obie przecudnie pachną i pewnie z uwagi na zapach będę chciała do nich wrócić jak je jeszcze spotkam. A szampony Batiste są świetnym sposobem na szybkie odświeżenie włosów kiedy nie mamy czasu na ich umycie i wysuszenie.

HARMONIQUE - masło do ciała


Jakby ktoś mi powiedział, że wśród moich ulubionych kosmetyków pielęgnacyjnych znajdzie się masło do ciała to bym go wyśmiała. Przecież ja nie cierpię tradycyjnych smarowideł! A to mnie jednak urzekło :) Pełną recenzję znajdziecie w tym poście, ale tu w skrócie napiszę, że urzekł mnie przede wszystkim zapach. Cudny - w pierwszej chwili czuć pomarańcze, ale a chwilę uwalniają się też korzenne nuty cynamonu i goździków, wszystko idealnie wyważone, świąteczne, boskie. Do tego zapachu dochodzi również fantastyczna konsystencja, szybkie wchłanianie, dobre nawilżenie. To masło pokazało mi, że mogę polubić tradycyjne smarowidła do ciała :)

SYLVECO - arnikowe mleczko oczyszczające


Nie lubię mleczek do demakijażu, ale ten produkt zastępuje u mnie wieczorem żel do mycia twarzy. Jest bardzo łagodny, nie podrażnia, dobrze oczyszcza skórę, skutecznie usuwa resztki makijażu (z pełnym makijażem też sobie poradzi, potrzeba tylko trochę czasu). Nawilża skórę, po jego użyciu na twarzy pozostaje delikatny film, który pewnie nie wszystkim przypadnie do gustu, ale mi absolutnie nie przeszkadza. Za jakiś czas pewnie ukaże się jego pełna recenzja :)

MAYBELLINE - tusz do rzęs


Jedyny kosmetyk kolorowy w tym zestawieniu. To jedna z pierwszych maskar, które kupowałam więcej niż raz. Ogólnie zawsze byłam z nich zadowolona, ale jak miałam rzęsy podrasowane odżywką Long4Lashes to ten tusz na moich rzęsach zaczął robić cuda, co możecie zobaczyć tutaj. Tusz dobrze rozdziela rzęsy, nie skleja ich, wydłuża, podkręca. Jest intensywnie czarny, nie osypuje się w ciągu dnia, nie tworzy grudek. Ale - zaznaczam - cuda robi tylko na długich rzęsach. Bez tego jest po prostu fajny :)

NOREL - krem rozjaśniająco-wygładzający z kwasem migdałowym
NOREL - hialuronowy krem aktywnie nawilżający


Obie te tubki mam z Shinyboxa, to miniatury o pojemności 25 ml. Pełnowymiarowe wersje tych kremów znajdują się w szklanych, 50 ml słoiczkach. Najpierw zaczęłam używać tego kremu z kwasem migdałowym - to było moje pierwsze spotkanie z kwasami. Już po pierwszym tygodniu byłam zachwycona - krem widocznie rozjaśnił moje przebarwienia. Wcześniej żaden krem nie poradził sobie z nimi aż tak dobrze :) Ale żeby nie było tak wesoło to zaczęły mi się pojawiać na twarzy suche skórki, krem nie radził sobie z nawilżaniem (zaznaczam że jestem typowym sucharkiem). Pomyślałam sobie "Buuu... nieudany kosmetyk od Norel :( Szkoda, bo do tej pory wszystkie się sprawdzały." Ale zanim z niego zrezygnowałam to poszłam po radę do wujka Googla - no bo skoro ja jestem taki kwasowy laik to wujek na pewno wie więcej :) No i oczywiście wiedział. Wyczytałam, że przy stosowaniu kremów z kwasami zaleca się jeszcze dodatkowo nakładanie kremów nawilżających. I wtedy poszedł w ruch krem hialuronowy. Od tej pory wszystko jest w jak najlepszym porządku: wieczorem po oczyszczeniu twarzy nakładam krem z kwasem migdałowym, a po 15-20 minutach hialuronowy - moja cera wygląda świetnie, skóra jest dobrze nawilżona (krem hialuronowy stosuję również solo na dzień), ale mam teraz dylemat. Bo chorowałam na witaminową serię od Norel, a teraz zachorowałam jeszcze na tą z kwasem migdałowym. Jak żyć Dr Wilsz, jak żyć? :)


A jaki kosmetyk Was ostatnio zachwycił?

czwartek, 18 lutego 2016

Mania chomikowania #7


Chomik z powyższego zdjęcia wygląda na nieco zasmuconego. A czy ja mam powody do smutku czy radości robiąc kolejne podsumowanie moich zapasów? W poprzednim poście widziałyście, że było kiepsko, myślicie że mnie to zmobilizowało? Zapraszam na przegląd (małe zdjęcia to stan zapasów z grudnia).

CIAŁO
1 - żele pod prysznic


Znowu widzę światełko w tunelu :) Moim planem jest zejść do max pięciu żeli i jestem już coraz bliżej. Aktualnie kończę żel Balea i zaczęłam brzoskwiniowy z YR. Razem mam 2.100 ml, czyli mniej niż ostatnio.

2 - żele peelingujące i peelingi


Tutaj też od razu po zdjęciu widać, że moje zapasy są mniejsze. Właśnie zaczynam pięknie pachnący peeling z Nacomi, a razem mam 350 ml kosmetyków.

3 - balsamy do ciała


Tu ciągle jest zdecydowanie za dużo, ale na szczęście również mniej niż ostatnio. W moich zapasach jest 1.400 ml różnych mazideł; masło z Harmonique się kończy, od czasu do czasu używam też balsamu z Eveline i masła shea. Trzymam się dzielnie i nie kupuję balsamu pod prysznic, choć bardzo  mnie korci :)

4 - mydła


W tej kategorii zmiany są niewielkie, ale również na korzyść. Zapasy się zmniejszyły i wynoszą 785 ml. Na umywalce stoi Carex, a pod prysznicem wylądowało cynamonowe mydełko Organique.

5 - olejki


A tutaj bez zmian, nieznacznie zmniejszyła się tylko ilość olejku Dellawell, którego używam do maseczek z glinki. W moich zapasach jest ciągle 285 ml olejków.

6 - płyny do higieny intymnej


Jak widać zdenkowałam już płyn z Biedronki, więc mam mniej niż ostatnio. W zasadzie to nie mam zapasów, bo przecież jedynego płynu o pojemności 265 ml używam :)

7 - dezodoranty, antyperspiranty


W tej kategorii bez zmian, choć zamieniłam Rexonę na Oriflame. Używam obu kulek, razem mam 110 ml. Ziai używam coraz rzadziej, ale nie poszła w odstawkę.

WŁOSY
8 - szampony
 
 
Szamponów również mam mniej niż ostatnio, choć niewiele. Na ostatnim wyjeździe na szkolenie zużyłam miniaturę z Loccitane, powoli kończy się też Timotei do włosów brązowych. Zdenkuję go pewnie w marcu. Razem mam 850 ml.

9 - stylizacja i pielęgnacja


Jak widać ta kategoria jest kolejną, z której mogę być zadowolona. Używam wszystkiego, niczego nie mogę nazwać zapasami, bo każdego z kosmetyków mam po jednej sztuce. Razem jest tego 945 ml, czyli mniej niż ostatnio.

TWARZ
10 - kremy do twarzy
 
 
Zaczynają się kategorie "twarzowe", które spędzały mi sen z powiek, ale jak widać i tu udało mi się zmniejszyć zapasy. Obecnie mam 328 ml różnych kremów, używam obecnie obu kremów z Norel i ubolewam bo powoli dobijają dna. A są naprawdę świetne :) Zastanawiam się na co skusić się później, ale chyba zabiorę się za tą serię z Bandi.

11 - maski, maseczki


Tu nadal mam 490 ml, więc stan zapasów się nie zmienił. Nadal używam glinki i oliwkowej maseczki z Avonu. Zastanawiałam się dlaczego ta kategoria tak powoli się zmienia i właśnie do mnie dotarło, że nie pokazuję Wam w zapasach maseczek jednorazowych (np. w płatach), ale chyba nie będę już tego zmieniać.

12 - serum i inne upiększacze


W moich zapasach jest 118 ml specyfików, które powinny zrobić ze mnie boginię. Tylko dlaczego nie robią? :P W każdym razie moje zapasy są mniejsze niż poprzednio, a używam teraz serum z Bielendy.

13 - demakijaż


Aktualnie kończę opakowanie Biolaven, a Garniera miałam odlanego trochę na wyjazd do podróżnego opakowania. Nie jest źle, mam razem 700 ml specyfików do demakijażu, czyli mniej niż ostatnio.

14 - peelingi


A tutaj bez zmian, ciągle mam 75 ml peelingu. W opakowaniu jest już mniej niż połowa, więc powoli trzeba będzie pomyśleć nad czymś nowym :)

15 - oczyszczanie i tonizowanie


Rano twarz myję żelem tymiankowym, a wieczorem mleczkiem arnikowym z Sylveco. Oprócz tego używam toniku z Ziai i wody różanej. Zapasy są na tym samym poziomie i wynoszą 1.052 ml.

16 - kremy pod oczy


Na pierwszy rzut oka widać, że zapasy drastycznie się zmniejszyły i wynoszą 30 ml. Ale cudów nie ma - nie zużyłabym przecież tego wszystkiego z małego zdjęcia w dwa miesiące - roll on z Delii oddałam koleżance :)

17 - pielęgnacja ust


Jedną z pomadek Sylveco oddałam koleżance, bo chciała wypróbować cudo, które tak ciągle zachwalam :) Za to pomadkę z YR zużyłam sama, a Vaseline używałam ostatnio również do skórzanych butów :) Razem mam 80,7 g kosmetyków, czyli mniej niż poprzednio. Eveline mam w pracy, a Bebe w torebce/płaszczu.

DŁONIE
18 - pielęgnacja dłoni
 
 
Tu też zmniejszenie zapasów widać już na pierwszy rzut oka :) Serum z AA stoi przy laptopie, a krem z Oriflame mam w pracy. Razem mam 180 ml kosmetyków do pielęgnacji dłoni, więc znów mniej niż ostatnio.

19 - pielęgnacja paznokci


Tu ciągle bez zmian, 31 ml. Jak mi się przypomni to używam balsamu do skórek z Eveline, reszta odżywek leży i czeka aż przestanę nosić hybrydy (a na razie się na to nie zanosi).

STOPY
20 - pielęgnacja stóp
 
 
Zapasy kosmetyków do stóp są na tym samym poziomie co poprzednio, mam 275 ml kosmetyków. I sztyft - on akurat czeka na wiosnę i lato jak zacznę nosić buty na gołe stopy.

KOLORÓWKA
21 - tusze do rzęs
 
 
Używam teraz maskary z Max Factora i tej z MAC, wszystkich jest 5 sztuk - jak widać też mniej niż ostatnio. Chciałam jeszcze tylko zauważyć, że tusz z MAC chyba nigdy się nie skończy - używam go i używam, a jego ciągle za dużo :)

22 - podkłady


A na koniec żeby nie było tak zielono kategoria, w której moje zapasy się zwiększyły. Razem mam 180 ml podkładów, używam teraz Perfect Stay zamiennie z BB Holika Holika.

W październiku w zapasach miałam 12.838,1 ml różnych kosmetyków i 7 maskar. Jak wypadło podsumowanie które miało być początkiem aktywnego zużywania zapasów? 10.629,7 ml kosmetyków i 5 maskar - zapasy się zauważalnie zmniejszyły :) Pewnie pomogło to, że chwilowo zrezygnowałam z zakupów pudełek, a pozostałe zakupy kosmetyczna staram się robić z coraz większą rozwagą.

W ostatnim podsumowaniu pisałam, że nie planuję kupować nic niepotrzebnego i w zasadzie mi się to udało. Owszem, jakieś zakupy w styczniu były, nawet w lutym coś nowego do mnie przywędrowało, ale nie było tam nic, co mogłoby mi przeszkodzić w moim planie. A jaki jest dalszy plan? Zużywać, zużywać, zużywać :)

PODSUMOWANIE:
Absolutny zakaz kupowania: produktów twarzowych (kremów, maseczek, żeli do mycia, toników), tuszy do rzęs, balsamów do ciała, podkładów
Raczej wstrzymać się z kupowaniem: żeli pod prysznic
Chciałabym kupić: peeling do twarzy
Muszę kupić: ---

A teraz przyznajcie się, nie sądziłyście że pójdzie mi aż tak dobrze? ☺

poniedziałek, 15 lutego 2016

GARNIER Miracle Sleeping Cream - krem przeciwzmarszczkowy na noc

Dzisiaj pora na kolejną zaległą recenzję. Zaległą, bo opakowanie po tym kremie wylądowało w styczniowym denku. W denkowym zestawieniu krem oznaczony był na zielono, co oznacza że chętnie do niego wrócę. A dlaczego? Zapraszam do czytania :)


Efekt odmłodzenia natychmiast po przebudzeniu.  W naszych laboratoriach powstał unikalny krem na noc o konsystencji wykorzystującej nowy rodzaj polimeru. Dzięki innowacyjnej strukturze konsystencja kremu otula twarz niczym niewidzialna maseczka, zatrzymując składniki aktywne w skórze oraz intensyfikując ich działanie. Bogata formuła kremu, dzięki dynamicznej i samowygładzającej się konsystencji, pozostawia twarz aksamitnie gładką, jednocześnie ułatwiając wnikanie substancji odżywczych w głąb naskórka. Natychmiast po przebudzeniu cera wygląda na świeżą i promienną, a skóra na wypoczętą. Skóra jest nawilżona i widocznie gładsza. 
Długotrwała redukcja oznak starzenia noc po nocy. Unikalna formuła przeciwzmarszczkowa z 7 składnikami aktywnymi, w tym esencjonalny olejek lawandynowy, zapewnia długotrwały efekt odmłodzenia.
Noc po nocy: Skóra jest jak zregenerowana i widocznie mniej zmęczona. Zmarszczki są widocznie zredukowane, a skóra jędrna i elastyczna.


Z dostępnością kosmetyków Garnier raczej nie ma problemów - można je znaleźć w sieciowych i niesieciowych drogeriach, a czasem nawet w marketach. Za krem o pojemności 50 ml zapłacimy około 30-35 zł.


Fabrycznie krem zapakowany jest w zafoliowany kartonik z mnóstwem PRowych informacji - wiecie, cuda przecież. Sam kosmetyk zaś znajduje się w ciemnogranatowym plastikowym słoiczku. Wieczko jest błyszczące jak niebo nocą :) A tak naprawdę to jest również ciemnogranatowe z mnóstwem drobinek, tak jakby efekt syrenki :) Słoiczek jest dość lekki, ale solidny. W środku nie ma dodatkowego wieczka.


Konsystencja jest przedziwnie fajna. Jest budyniowa, nie lejąca, a przy tym jednak dość lekka. Od razu po użyciu w kremie pozostaje ślad po palcu (czy po czymś czym nabieracie krem ze słoiczka), ale jak sięgamy po niego następnym razem naszym oczom ukazuje się gładka, nieskażona niczym tafla kremu. Magia normalnie :) Sam producent nazwał konsystencję "samowygładzającą się" i nie sposób się z tym nie zgodzić. Jeśli chodzi o zapach to mam mieszane uczucia. Nie wiem od czego to zależało (może od nastroju), ale zapach czasem mi się podobał, a czasem nie bardzo :/ W każdym razie nie był zbyt intensywny i nie pozostawał zbyt długo na twarzy (był wyczuwalny jakieś kilka-kilkanaście minut).


Zacznę od obietnic producenta na opakowaniu - ten gagatek stanowi rzekomo najnowszą generację kremów na noc, pochodzącą z Azji - Sleeping Cream: siła maseczki w lekkim kremie dla intensywnego działania przeciw oznakom zmęczenia i starzenia. Krem ma zawierać 7 składników aktywnych: LHA, adenozynę, Beauty Complex (diabli wiedzą co to), kwas hialuronowy, wyciąg z ruskusa, olej jojoba i esencjonalny olejek lawandynowy. Moja cera bardzo lubi kosmetyki z kwasem hialuronowym, więc z ciekawości zerknęłam gdzie w składzie go znajdę (tak, czasem czytam składy i udaję że się znam). Nie ma. A przecież musi być. Zerknęłam jeszcze raz. I jeszcze raz. Jest! Prawie na samiuteńkim końcu! No więc z rozpędu zaczęłam szukać pozostałych składników aktywnych, o których wspomina producent. I co? I w zasadzie oprócz oleju jojoba (który rzeczywiście jest zaraz na początku składu) wszystko znajduje się gdzieś w połowie bądź pod koniec tej dość długiej listy :) Dobra, nie rozszyfrowałam tego Beauty Complex, bo to pewnie jakieś ustrojstwo od Garniera :)


Dobra, trochę się ponabijałam, ale i tak wiecie że krem przypadł mi do gustu. Aha, przy okazji studiowania składu (nie będę ściemniać, nadal tak naprawdę znam tylko kilka składników) zobaczyłam że dość wysoko w składzie jest Alkohol Denat., ale na szczęście krzywdy mi żadnej nie zrobił.

Jak więc jest z tym działaniem? Dobrze jest :) Krem bardzo łatwo się rozprowadza, dość szybko się wchłania pozostawiając na twarzy bardzo delikatny film. Oczywiście to widoczne zredukowanie zmarszczek można między bajki włożyć, ale w sumie to ja poza mimicznymi takowych nie posiadam. Krem dał mojej suchej skórze całkiem niezłe nawilżenie, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę to, że używałam go w okresie jesienno-zimowym, kiedy moja skóra jest bardziej wymagająca. Przy dłuższym stosowaniu dało się zauważyć delikatne wyrównanie kolorytu skóry. Stała się ona gładka, elastyczna, sprawiała wrażenie wypoczętej. Cudów może nie było, ale chyba znalazłam całkiem fajny krem, do którego z chęcią będę wracać.

Jeśli chodzi o wydajność to krem wystarczył mi na około 4-5 miesięcy. To całkiem niezły wynik, ale trzeba wziąć pod uwagę, że używałam go raz dziennie. Podczas używania nie miałam żadnym niepożądanych problemów, krem nie zapycha, nie uczula.

Znacie ten krem? A może nawet macie go w swoich zbiorach?

czwartek, 11 lutego 2016

SYLVECO - lipowy płyn micelarny

W ostatnim denku znalazło się m.in. opakowanie po lipowym płynie micelarnym Sylveco. Jeśli czytałyście tamten post to wiecie już, że byłam z niego zadowolona. A jeśli chcecie znać więcej szczegółów to zapraszam do dalszej części posta :)


Wyjątkowo delikatny i jednocześnie skuteczny, hypoalergiczny preparat, który dokładnie oczyszcza skórę. Zawiera ekstrakt z kwiatów lipy szerokolistnej, który wykazuje działanie nawilżające i osłaniające, zwiększa elastyczność i sprężystość oraz odporność skóry na utratę wody. Ponadto wyciąg ten polecany jest w pielęgnacji oczu, łagodzi podrażnienia i koi zaczerwienioną skórę. Delikatny składnik myjący pozwala łatwo usunąć nawet intensywny i wodoodporny makijaż. Po zastosowaniu kosmetyku skóra pozostaje gładka, czysta i świeża.


Kosmetyki Sylveco stają się coraz łatwiej dostępne - kupimy je zarówno w sklepie internetowym producenta, w aptekach, sklepach z naturalnymi kosmetykami - stacjonarnych i internetowych, drogeriach internetowych. Za ten płyn o pojemności 200 ml zapłacimy w zależności od miejsca w granicach 15-20 zł.


Plastikowa, dość twarda i półprzezroczysta butelka pozwala podejrzeć jak szybko ubywa nam kosmetyku. Opakowanie jest niewielkie, wygodnie leży w dłoni, zamykane jest na klik. Bardzo mocny klik trzeba dodać :) Z jednej strony nie musimy się martwić, że podczas podróży coś nam się wyleje, ale z drugiej strony przy otwieraniu trzeba trochę uważać. Otwór jest w porządku, bezproblemowo udawało mi się dozować odpowiednią ilość płynu na wacik.


Konsystencja jest wodnista - płyn jak płyn :) Zapach jest ziołowy, ale moim zdaniem niedrażniący. Micel od Sylveco ma lekko brązowawe zabarwienie, co w tego typu produktach w mojej opinii nie jest dobrym rozwiązaniem - ciężko na pierwszy rzut oka dojrzeć, czy wszystko z twarzy jest zmyte.

Wiecie już że płyn przypadł mi do gustu. Bardzo skutecznie usuwa makijaż, wystarczy chwilę przytrzymać wacik, żeby wszystko się ładnie rozpuściło. Nie ma konieczności silnego pocierania. Jest przy tym bardzo łagodny, przy przypadkowym dostaniu się do oka nie powodował szczypania, dodatkowo nie podrażnił mnie ani nie uczulił. Poniżej tradycyjnie zdjęcie po jednym i po dwóch przetarciach wacikiem nasączonym micelem.


Jak widać efekt jest całkiem niezły, poza wodoodpornym eyelinerem wszystko szybko i łatwo schodzi. Z eyelinerem trwa to nieco dłużej, ale i tak nie jest problematyczne. Pewnego dnia z ciekawości użyłam sobie dla porównania micele z Sylveco i Biodermy - na każde oko jeden. I co? Nie zauważyłam różnicy; oba uważam za tak samo skuteczne. Jeśli chodzi o nawilżanie to nie zauważyłam jakichś spektakularnych efektów, ale rzeczywiście skóra nie była ściągnięta. 


Wydajność moim zdaniem jest podobna jak przy pozostałych micelach, których używałam. To opakowanie wystarczyło mi na około 1,5 miesiąca, ale płynu używałam zarówno do demakijażu oczu jak i całej twarzy. Jeśli chodzi zaś o stosunek pojemności do ceny to zdecydowanie pod tym względem wolę różowego Garniera :) Mimo tego myślę, że za jakiś czas znów się skuszę na ten lipowy wynalazek.

A jaki jest Wasz ulubiony płyn micelarny? I jaki jest Wasz ulubiony kosmetyk Sylveco?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...