Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

piątek, 15 lipca 2016

Letnia paczka - kolejna akcja blogerska :)

Nie tak dawno pisałam Wam o organizowanej przez Terii akcji "Zimowa paczka", a tu przyszła kolej na następną :) Zasady były takie same - osoby które się zgłosiły do uczestnictwa w "Letniej paczce" zostały dobrane w pary i wzajemnie przygotowywały dla siebie spersonalizowany box niespodziankę.


Mnie los sparował z Eweliną z bloga Acne Skin. Ucieszyło mnie to, bo Ewelina jest osobą, która obserwuje mojego bloga od bardzo dawna, prawie od początku jego powstania i mój box mógł być przy okazji formą podziękowania :) Wymieniłyśmy z Eweliną kilka maili odnośnie naszych preferencji, uzgodniłyśmy też między sobą że nie mamy nic przeciwko otrzymaniu czegoś z zapasów tej drugiej (oczywiście mowa o nieużywanych kosmetykach), ustaliłyśmy datę wysyłki i zabrałyśmy się do dzieła :) A co znalazło się w mojej paczce? Różne rzeczy - coś kosmetycznego, coś niekosmetycznego, coś słodkiego, zresztą zobaczcie same:


Żel pod prysznic Balea to kosmetyk, z którego się bardzo ucieszyłam. Nie mam dostępu do kosmetyków tej marki, więc chętnie przyjmuję takie podarki. Żel passiflora i jagody acai (jeśli dobrze zrozumiałam i przetłumaczyłam) pachnie bardzo przyjemnie, trochę słodkawo, z przyjemnością go zużyję. Energetyzujący żel złuszczający od Oriflame z szałwią i witaminą C pachnie orzeźwiająco, cytrusowo - idealnie na lato. Ciekawe czy zawartość ekstraktu z szałwii ograniczy potliwość? :)


W pierwszej chwili jak zobaczyłam drobne niebieskie kuleczki poczułam lekki zawód, czyżby Ewelina nie przeczytała że nie mam wanny i nie mam co zrobić z tego typu produktem kąpielowym? Dopiero po chwili doczytałam, że to perełki do kąpieli stóp od No 36 i poczułam ulgę :) Stopom od czasu do czasu funduję kąpiel w misce, robię wtedy peeling i takie tam, więc perełki się nie zmarnują. Proszek do peelingu Pumice jakiś czas temu widziałam na kilku blogach i byłam go bardzo ciekawa. Jest to drobny nierozpuszczalny proszek, który można wymieszać z dowolnym żelem pod prysznic, balsamem czy kremem i w ten sposób peelingować wybrane partie ciała. Cieszę się, że będę miała okazję go wypróbować :)


Krem do rąk z Oriflame już kiedyś miałam, z tego co pamiętam to szybko się wchłaniał, ale chyba nawilżenie nie było jakieś rewelacyjne. Tubka jest malutka, więc pewnie trafi do torebki jako podręczny krem. Balsam do włosów aktywator wzrostu z Bani Agafii też już miałam i wspominam całkiem dobrze. Ta saszetka pewnie pojedzie ze mną na wakacyjny wyjazd, bo nie zajmuje wiele miejsca.


Zestaw do stylizacji brwi z Makeup Revolution zawiera trzy odcienie brązowych matowych cieni i wosk do ujarzmienia włosków. Chyba przetestuję też czy cienie sprawdzą się jako cienie do powiek, bo wtedy mogłabym zaoszczędzić sporo miejsca w wakacyjnej kosmetyczce :) Lakier do paznokci z Oriflame ma piękny fioletowy kolor, zrobiłam chyba z 20 zdjęć i na wszystkich wyszedł mniej lub bardziej niebieski :P Nie używam zwykłych lakierów, bo noszę hybrydy, ale Ewelina wiedziała że szukam lakierów, które będą się nadawać do stempli. Wydaje mi się, że ten powinien się spisać, jest dość gęsty, więc jestem dobrej myśli :) Cień do powiek Miyo również jest fioletowy :) Piękny, opalizujący, błyszczący, a do tego nieznanej mi do tej pory marki :)


Gąbeczka z Oriflame na pewno mi się przyda, lubię nakładać podkład w ten sposób i na razie jestem na etapie szukania dobrej i niedrogiej gąbeczki, może to będzie właśnie ta? Wosk Yankee Candle również chętnie wykorzystam, tego zapachu jeszcze nie miałam. Co prawda trochę obawiam się tej wanilii, za to limonka pozwala wierzyć że będzie dobrze :)


Przechodzimy do niekosmetycznej części paczki :) Ewelina w mojej umieściła cztery pary kolczyków i bransoletkę. Kolczyki uwielbiam, nie jestem nawet w stanie zliczyć ile mam par, a mimo to przyjmuję każdą kolejną z wielką chęcią :) Bransoletki akurat noszę rzadko, więc nie wiem czy tej komuś nie oddam. Złote motylki, mimo że urocze, u mnie nie zostaną bo nie noszę złotych dodatków.


Trochę słodkości zawsze mile widziane :) Umówiłyśmy się z Eweliną, że wrzucimy coś, co wytrzyma ewentualne wysokie temperatury, dlatego u siebie znalazłam żelki, sezamki i saszetkę kawy.


Dwie książki. "Sensacyjna wiadomość" zapowiada się na taką z gatunku miłych, lekkich i przyjemnych, pewnie zabiorę ją ze sobą kiedyś nad wodę. "Sałaty i sałatki" to coś, co świetnie wpisuje się w aktualną porę roku i moje próby zmiany sposobu odżywiania - na pewno wykorzystam niektóre przepisy :)


A to wisienka na torcie! Jedną z pasji Eweliny jest wyszywanie obrazów. I zrobiła specjalnie dla mnie, własnoręcznie, wyszywaną, spersonalizowaną zakładkę do książek! To chyba ucieszyło mnie najbardziej z całego pudełka, dziękuję Ci bardzo jeszcze raz!


A tak prezentuje się cała zawartość mojej letniej paczki, ja uważam że jest mega! A co Wy sądzicie o moim wakacyjnym boxie?


Tu uchylam Wam rąbka tajemnicy jeśli chodzi o moją paczkę dla Eweliny. Mam nadzieję że zerkniecie sprawdzić co ja dla niej przygotowałam bezpośrednio u niej na blogu - akurat dzisiaj opublikowała post z zawartością :)

Brałyście udział w tego typu akcjach? Co o nich sądzicie?

środa, 13 lipca 2016

SYLVECO - arnikowe mleczko oczyszczające

Lubię kosmetyki Sylveco, rzadko kiedy mnie zawodzą. O mleczku arnikowym wstępnie pisałam Wam już w lutym, w poście z ulubieńcami, więc jak się pewnie domyślacie recenzja będzie bardzo pozytywna :)


Hypoalergiczne, delikatne mleczko oczyszczające, przeznaczone do każdego rodzaju cery, szczególnie wrażliwej, cienkiej i przesuszonej. Łagodnie usuwa wszelkie zanieczyszczenia i makijaż (również wodoodporny). Zawiera wyciągi z kwiatów arniki górskiej i kory brzozy białej o działaniu antyoksydacyjnym, wzmacniającym kruche naczynka i opóźniającym procesy starzenia. Połączenie składników nawilżających i regenerujących zapewnia skórze właściwą ochronę, dając jej uczucie świeżości i ukojenia. W składzie mleczka znajduje się także olej rycynowy o właściwościach wzmacniających brwi i rzęsy. Produkt bezzapachowy, o pH neutralnym dla skóry, nie zawiera detergentów. Przebadany dermatologicznie.



Mleczko jest dostępne m. in. sklepie online producenta. W zasadzie dostępność kosmetyków Sylveco jest już coraz większa, prawie każda drogeria internetowa ma je w swojej ofercie, a stacjonarnie (oprócz sklepów z kosmetykami naturalnymi i aptek) można je znaleźć w niektórych drogeriach Natura. Za opakowanie o pojemności 150 ml zapłacimy w granicach 15-21 zł.

Mleczko znajduje się w niewielkiej plastikowej buteleczce z pompką - bardzo wygodne w obsłudze. Butelka jest przezroczysta, co pozwala kontrolować zużycie kosmetyku, a pompka działa bez zarzutu i dodatkowo wyposażona jest w funkcję open-close. Szata graficzna miła dla oka i charakterystyczna dla wszystkich produktów Sylveco.


Kto zgadnie jaką konsystencję ma mleczko? Brawo! Tak, ono ma konsystencję... mleczka :) W zasadzie to takiego bardzo lekkiego balsamu o białym zabarwieniu. Zapach jest bardzo delikatny, nie powinien raczej nikomu przeszkadzać, zwłaszcza że nie utrzymuje się na skórze.


Nie przepadam za mleczkami do demakijażu, bo zazwyczaj szczypią mnie w oczy. Na to mleczko zdecydowałam się wiedząc, że będę je traktować raczej jako środek do wieczornego mycia twarzy. Spisało się w tej roli rewelacyjnie! Przede wszystkim mleczko Sylveco jest łagodne, nie podrażnia, nie uczula, mam wrażenie że również delikatnie łagodziło moją skórę jak podrażniłam ją zbyt długo przebywając na słońcu. Mleczko bardzo dobrze oczyszcza skórę, skutecznie usuwa resztki makijażu. Co więcej poradzi sobie również z tradycyjnym demakijażem, choć w tej roli użyłam go tylko kilka razy. Używane na wacik radziło sobie średnio, potrzeba było trochę czasu, żeby tusz się rozpuścił, ale na szczęście nie szczypało mnie w oczy. Lepiej za to spisywało się nanoszone dłonią na zwilżoną skórę twarzy - wtedy makijaż rozpuszczał się dużo łatwiej i szybciej, choć oczywiście znam dużo skuteczniejsze środki. Do oczyszczenia twarzy wystarcza jedna pompka mleczka, ale te kilka razy kiedy używałam go również do demakijażu to oczyszczałam twarz dwa razy dla pewności że nie zostanie na niej żaden brud :) Pompka działa w zasadzie bezproblemowo, ale moja rurka na końcu była rozdwojona, więc resztę mleczka musiałam wydobywać bezpośrednio z opakowania. Przypuszczam, że to raczej wypadek przy pracy, bo taką samą pompkę miał również żel tymiankowy i tam wszystko było w porządku.


Mleczko Sylveco całkiem nieźle nawilża skórę, po jego użyciu na twarzy pozostaje delikatny film, który pewnie nie wszystkim przypadnie do gustu, ale mi absolutnie nie przeszkadza. Nie jest to żadna lepka warstwa, bardziej takie wrażenie jakby użyło się kremu do twarzy :) Nawilżenie nie było aż tak spektakularne żeby zupełnie zrezygnować z kremu nawilżającego (mam suchą skórę), ale nie musiałam używać go od razu po oczyszczaniu twarzy. Jeśli chodzi o wydajność to jest naprawdę niezła, ja używałam tego mleczka około 5 miesięcy (kilka dni temu wrzuciłam opakowanie do torby z pustakami), ale - tak jak wspominałam - używałam go tylko raz dziennie, wieczorem. Ja jestem z niego bardzo zadowolona, z pewnością jeszcze u mnie zagości. Wam również je polecam, ale raczej nie jako produkt do demakijażu, bo w tej kwestii rewelacji nie ma, ale do oczyszczania twarzy z zabrudzeń i resztek makijażu - jak najbardziej, zwłaszcza że skóra po jego użyciu jest gładka, nawilżona i delikatna.

Znacie arnikowe mleczko Sylveco? Jaki jest Wasz ulubiony kosmetyk do wieczornego oczyszczania twarzy?

sobota, 9 lipca 2016

Malina & mięta - lubię to?

Tytuł posta niewiele mówiący. Zdjęcie z zajawką wyjaśnia niewiele więcej :) Ale wbrew pozorom post będzie raczej kosmetyczny, choć zapachowo związany ewidentnie z czymś pysznym. I właśnie z tego powodu "okoliczności przyrody" są takie a nie inne :)


Maliny lubiłam od zawsze, jeszcze będąc dzieckiem wyczekiwałam wakacyjnego wyjazdu do babci, u której mogłam zjadać maliny prosto z krzaka (bo kto by się przejmował brudem i zarazkami ☺). Jak dorosłam zaczęłam doceniać orzeźwiające połączenie maliny z miętą - smakowe i zapachowe. To właśnie skusiło mnie do zakupu kilku kosmetyków z serii Nature Secrets od Oriflame, właśnie o zapachu energetyzującej mięty i maliny.


Trafiły do mnie: złuszczający żel pod prysznic, krem do rąk oraz antyperspirant. Ja kupiłam je w zestawie za kilkanaście złotych, ale oczywiście wszystkie produkty były dostępne też osobno. Ceny oczywiście zależą od aktualnych promocji, myślę że w Oriflame mało kto kupuje kosmetyki w cenach regularnych :)


Złuszczający żel pod prysznic zamknięty jest w plastikowej, przezroczystej butelce zamykanej na klik. Jest dostępny w trzech pojemnościach: 250 ml, 400 ml i 750 ml. Ma malinowe zabarwienie i bardzo przyjemny zapach, mięta jest bardziej wyczuwalna, dopiero później uwalnia się delikatnie słodki malinowy aromat. Teoretycznie jest to żel peelingujący, ale nie przywiązujcie się do tego określenia :) Drobinek jest mało, są delikatne, więc o jego właściwościach zdzierających nie ma co pisać, bo ich prawie nie ma. Ja traktowałam go jako tradycyjny żel i w tej postaci sprawdził się u mnie całkiem fajnie. Ja oczekuję od żeli pod prysznic, żeby dobrze się pieniły, ładnie pachniały i nie wysuszały skóry - wszystko to znalazłam w tym pozytywnie wyglądającym opakowaniu :) Żel ma dość gęstą konsystencję i nanoszony na ciało dłonią delikatnie masował skórę, ale bardzo słabo się pienił. Z tego powodu używałam go tak jak innych żeli - za pomocą myjki lub gąbki, wtedy piana była naprawdę gęsta, a do tego pięknie pachnąca. Żel nie wysuszał mojej skóry, ale na właściwości nawilżające nie macie co liczyć :)


Krem do rąk znajduje w tradycyjnym dla tego typu kosmetyków opakowaniu - plastikowa, zakręcana tubka. Otwór jest odpowiedniej wielkości, choć wolałabym zamknięcie na klik - nie musiałabym się martwić, że zgubię nakrętkę :) Krem ma delikatnie różowe zabarwienie i zapach taki jak w całej serii. Jeśli zaś chodzi o właściwości nawilżające to szału nie ma. Osoby z wymagającymi, suchymi dłońmi na pewno nie będą z niego zadowolone, nawilżenie jest dość krótkotrwałe i utrzymuje się tylko do pierwszego umycia rąk. Za to na plus na pewno można zaliczyć to, że mimo dość treściwej konsystencji szybko się wchłania i nie pozostawia tłustej warstwy.


Dezodorant antyperpiracyjny - czyli tradycyjna kulka. Jeśli chodzi o skuteczność to w okresie zimowym nawet dawał radę, ale jak zrobiło się cieplej to musiałam postawić na coś skuteczniejszego. Był na tyle delikatny, że nie podrażniał skóry, nawet kiedy używałam go bezpośrednio po depilacji. Nie zauważyłam, żeby zostawiał ślady na ubraniach, ale był bardzo mokry i dość wolno się wchłaniał. Do tego trochę się wylewał z opakowania, więc co kilka użyć trzeba było je przecierać do sucha. Mimo że jest zapachowy, to aromat był na tyle delikatny, że nie kłócił się innymi zapachami (np. perfum).


A co z innymi połączeniami mięty i maliny? Ostatnio trafiłam na napój Tymbarku o takim połączeniu - jest pyszny, orzeźwiający, świetny na gorące dni, zwłaszcza po schłodzeniu w lodówce. Często też z malin i mięty przyrządzam sobie koktajle. Tu na zdjęciu są akurat tylko maliny i mięta z odrobiną cukru trzcinowego dla osłody, ale dodaję również jogurt naturalny albo trochę wody, bywa też że dorzucam inne owoce - najczęściej banana, truskawki albo jagody, ale tu oczywiście panuje pełna dowolność. Jeśli chcę, żeby koktajl był bardziej sycący (np. zabieram go na drugie śniadanie do pracy) to dorzucam do niego czasem jakieś płatki - jaglane, owsiane lub otręby. No i oczywiście rozkosz sama w sobie - maliny "gołe", bez niczego, najlepiej prosto z krzaczka - taki powrót do dzieciństwa :)


Ja sprawdziła się u mnie seria z Oriflame? Różnie :) Do żelu na pewno jeszcze wrócę, polubiłam go bardzo. Krem nie jest zły, więc jak trafi się na niego jakaś fajna promocja, to pewnie też jeszcze u mnie zagości. Kulka jak dla mnie niestety była za słaba, ale jeśli nie macie większych problemów z potliwością, to warto się na nią skusić :)

A Wy lubicie połączenie malin i mięty? Znacie tą serię Oriflame?

niedziela, 3 lipca 2016

Denko czerwcowe

W poprzednim poście pokazałam Wam co nowego przywędrowało do mojej łazienki i kosmetyczki, a dzisiaj zobaczycie, czego się pozbyłam :) Lubię posty zakupowe, bo nowości zawsze cieszą, ale biorąc pod uwagę stan moich zapasów posty denkowe cieszą mnie bardziej. Zwłaszcza te, w których zużycia są dość pokaźne :) Jak było w czerwcu? Same zobaczcie:
 

W denku tradycyjnie znalazły się zarówno produkty które kupię i chętnie do nich wrócę, takie których nie kupię z różnych względów oraz takie co do których nie jestem do końca zdecydowana.


1 - DOVE - żel pod prysznic
Więcej o żelach Dove pisałam tutaj. Lubię je bardzo, dobrze się pienią, są gęste, przyjemnie pachną i nie wysuszają skóry. To wszystko czego oczekuję od żeli pod prysznic :)

2 - FARMONA - peeling do ciała
To właściwie nie peeling, a żel peelingujący. Lubię je, przyjemnie pachną, jak na żel peelingujący nieźle zdzierają. Jest jeszcze kilka wersji zapachowych, które chciałabym wypróbować, ale chyba jednak bardziej lubię te maluszki z Joanny.

3 - COSMODERMA - pasta cukrowa do depilacji
To był totalny niewypał, znalazłam go w Shinyboxie. Być może to brak umiejętności z mojej strony, ale nie udało mi się tą pastą zdziałać prawie nic. Około 15 minut zajęło mi wydepilowanie fragmentu łydki 5x5 cm. Wszytko wokół było obklejone pastą. Być może pasty cukrowe innych marek są lepsze, ta jak dla mnie jest beznadziejna.


4 - FLORESAN - rozgrzewająca maska do włosów
Dostałam ją od Sisi. To pierwsza maska, którą używałam przed szamponem - tak zalecał producent. Włosy po niej były przyjemne, miękkie, dobrze się rozczesywały i chyba rzeczywiście nieco szybciej rosły i nie wypadały tak bardzo. Nie powodowała szybszego przetłuszczania włosów, ale też go nie zmniejszyła (ale producent tego nie obiecuje). Opakowanie jest dość spore, ale wygodne w użytkowaniu. Zapach był dość neutralny, delikatny i przyjemny. Z chęcią jeszcze kiedyś do niej wrócę.

5 - BATISTE - suchy szampon
Na razie usilnie szukam swojej ulubionej wersji i ciągle kupuję nowe, żeby wypróbować ich jak najwięcej. Ta w działaniu oczywiście niewiele różni się od innych, skutecznie odświeża włosy, a biały nalot bezproblemowo daje się wyczesać. Jednak miałam już wersje bardziej przyjemne zapachowo (ten był taki nijaki) i to pewnie do nich będę wracać :)

6 - MARION - serum termoochronne
Suszarki i prostownicy nie używam zbyt często, dlatego to serum u mnie zużywało się strasznie długo. Mam nadzieję, że skutecznie wypełniało swoje główne zadanie - ochronę przed wysoką temperaturą. Niestety mam wrażenie, że powodowało szybsze przetłuszczanie się moich włosów.


7 - SYLVECO - tymiankowy żel do twarzy
Nie mam mu absolutnie nic do zarzucenia jeśli chodzi o działanie. Świetnie zmywa wszelkie zanieczyszczenia, domywa resztki makijażu, nie wysusza skóry. Opakowanie jest wygodne, pompka działa bez zarzutu. Ja jednak nie mogę się przekonać do kuchennego bądź co bądź zapachu na twarzy - lubię zapach tymianku, ale chyba jednak nie w łazience. Za to z chęcią wypróbuję jeszcze wersję rumiankową.

8 - AVON - maseczka do twarzy
Wśród kosmetyków Avonu zdarza mi się znaleźć perełki, ale jest też sporo kosmetyków przeciętnych. Taka też była maseczka ze śródziemnomorską oliwą z oliwek. Zapachem nie zachwycała (ale nie był to zapach nieprzyjemny), poziomem nawilżenia również. Miałam już sporo kosmetyków, po krórych nawilżenie było bardziej zauważalne i zdecydowanie bardziej długotrwałe. Tragedii przy używaniu nie było, ale szału też nie. Może lepiej spisze się u osób ze skórą normalną bądź mieszaną, sucharki takie jak ja mogą być nieco zawiedzione.

9 - SYLVECO - peeling do twarzy
O nim pisałam Wam całkiem niedawno, w tym poście. Polubiłam się z nim bardzo, świetnie wygładzał skórę, do tego ją nawilżał. Niektórym przeszkadza tłustawa warstewka, którą po sobie zostawia, ale ja pozbywałam się jej usuwając peeling gąbeczką Calypso. Więcej szczegółów znajdziecie w recenzji.

10 - BEEYES - maseczka do twarzy 
To miniaturka, którą znalazłam bodajże w Joyboxie. Chyba pierwszy raz w życiu przed użyciem kosmetyku robiłam sobie próbę uczuleniową - maseczka zawiera jad pszczeli. Maseczka miała dawać natychmiastowy efekt poprzez mikroobrzęki wywołane przez jad pszczeli, które wygładzają skórę, zmniejszając widoczność zmarszczek. U mnie nic takiego nie zauważyłam, ale też z drugiej strony zmarszczek nie mam zbyt dużo, ot kilka mimicznych :) Maseczka dość fajnie nawilżała, szybko się wchłaniała, można ją stosować pod makijaż. Cena? "Jedyne" 259 zł / 50 g. Jak dla mnie niestety za taką cenę maseczka robi za mało (a może używałam jej zbyt krótko).

11 - MAX FACTOR - tusz do rzęs 2000 Calorie
Tuszu 2000 Calorie używałam lata temu, później przestałam bo miałam wrażenie że ich jakość spadła. Podczas którejś promocji rossmannowskiej postanowiłam sprawdzić jak teraz spisze się na moich rzęsach. I spisuje się świetnie :) Nie skleja rzęs, ładnie je rozdziela, wydłuża, pogrubia i delikatnie podkręca. Nie ma z nim większych problemów przy demakijażu. W ciągu dnia się nie osypuje, czasami odbija mi się delikatnie na górnej powiece, ale to raczej wynika z długości moich rzęs. Szczoteczka jest klasyczna, z włoskami, a zauważyłam że takie u mnie spisują się najlepiej jak mam rzęsy "podrasowane" odżywką. Przy krótszych efekt nie jest aż tak dobry.

12 - ETRE BELLE - tusz do rzęs
Obiecuję sobie i Wam, że nie będę więcej robić zapasów jeśli chodzi o tusze do rzęs. Ta maskara przeleżała u mnie ładnych kilka miesięcy (oczywiście nie otwierana) zanim ją w końcu wyciągnęłam. I niestety okazało się że jest już nieźle podsuszona, a szkoda, bo bardzo ją lubiłam. Tutaj znajdziecie recenzję, w której porównuję ją z dziesięć razy tańszym tuszem z Lovely. Efekt jaki nią osiągniemy jest naprawdę fajny, ale podobny można też uzyskać tańszą wersją z Rossmanna :)

13 - WIBO - eyeliner
Wiem, że wiele z Was chwali ten eyeliner, ale u mnie nie do końca zdał on egzamin. Owszem jest idealnie czarny, wygodnie się używa, zwłaszcza na początku. Z czasem niestety pędzelek przestał być ładny i zbity, a tusz zaczął gęstnieć. Do tego pod koniec dnia eyeliner w zewnętrznym kąciku mi się wycierał i znikał.

14 - EVELINE - korektor pod oczy
Opakowanie tragedia pod względem estetycznym - napisy powycierały mi się już po kilku dniach :) Jeśli zaś chodzi o samo działanie to było dość przeciętne, z większymi cieniami raczej sobie nie poradzi (ja na szczęście nie mam z tym problemu), do tego korektor miał tendencję do ciemnienia (na szczęście nie na tyle, żeby się odcinać od podkładu). Czasami zbierał się w zmarszczkach, choć nie zawsze - być może zależało to od stopnia nawilżenia mojej skóry pod oczami :)

15 - SYLVECO - pomadka peelingująca
To moja chyba czwarta :) I na pewno nie ostatnia, więc jak się pewnie domyślacie - bardzo ją lubię. A dlaczego? Sprawdźcie w recenzji.


16 - SKIN79 - maska w płacie
O całej serii kolorowej pisałam Wam tutaj. Maska brązowa (przeciwzmarszczkowa) miała delikatnie cytrusowy zapach i była nasączona dość gęstym, mlecznym płynem. Po wchłonięciu nie było lepkiej warstwy, skóra miała delikatnie wyrównany koloryt i była gładsza. Nawilżenie było rewelacyjne, wyczuwalne widocznie jeszcze następnego dnia (nie musiałam używać kremu nawet rano). Moja ulubiona z całej piątki!

17-21 - próbki
Krem na dzień ze Stenders zapowiada się nieźle, szybko się wchłania, a nawilżenie jest całkiem przyzwoite. Balsam brązujący z Efektimy dawał dość słaby efekt, niemalże niewidoczny, ale może typowe bladziochy będą z niego zadowolone. Nie robi smug, łatwo się wchłania, ale dla mnie jest nieco za jasny. Peeling Marc Inbane znalazłam w kwietniowym Joyboxie. Zawierał malutkie drobinki podobne do korundu, ale nie tak mocne i skuteczne jak on. Skóra była przyjemnie nawilżona i nieco rozjaśniona, ale działanie zdzierające było średnie. Płynów do higieny intymnej z Ziaji kiedyś używałam bardzo często, ten zabrałam ze sobą na wyjazd. U mnie spisują się dość dobrze, a co najważniejsze - nie powodują podrażnień. Serum żelowe z kwasem hialuronowym od Norel chcę bardzo! Dobrze nawilża, szybko się wchłania, jestem ciekawa jak by się u mnie spisało na dłuższą metę.

No i dobrnęłam do końca :) A jak Wasze zużycia? Zrobiłyście już miejsce dla lipcowych pustaków?