Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wibo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wibo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 marca 2018

Skromna jestem niesłychanie - denko i zakupy lutowe

Wszystkiego najlepszego kochane z okazji naszego święta :) Kwiaty w wazonach? Kolacje zjedzone? Może znajdziecie wolną chwilę na sprawdzenie co udało mi się zużyć w lutym? Nie jest tego dużo, więc nie zajmę Wam zbyt wiele czasu. A jako że zakupy w lutym były również wyjątkowo skromne, to postanowiłam wszystko opisać za jednym zamachem, nie ma sensu rozbijać tego na dwa posty :)

czwartek, 3 sierpnia 2017

Denko lipcowe

Kochani, ja sobie właśnie wypoczywam w pięknych okolicznościach przyrody, z dawno nie widzianą rodzinką. Miałam nadzieję, że na czas mojej dwutygodniowej nieobecności uda mi się przygotować coś więcej na zapas, ale nie dałam rady i będzie tylko denko :)

niedziela, 21 maja 2017

Joybox Spring kwiecień 2017

Joybox ma pewną przewagę nad innymi beautyboxami - zawsze znamy jego zawartość, więc nie ma ryzyka, że będziemy niezadowolone z pudełka które otrzymamy. Jeśli zawartość nam się nie podoba to po prostu nie zamawiamy i tyle :) Kwietniowy wiosenny Joybox (wysyłany w maju) wzbudził trochę kontrowersji, zawartość była taka... higieniczna :) Ale miałam świadomość co zamawiam, stwierdziłam że warto.

niedziela, 18 grudnia 2016

Joybox grudzień 2016

W sumie to nie planowałam w grudniu żadnego boxa, zamierzałam walczyć z zapasami, a jak pewnie wiecie kupno pudełek na pewno w tym nie pomaga :) No ale Joybox jednak mnie skusił. Myślę, że jest to jedno z lepszych pudełek na rynku beautyboxów i nie chodzi mi tu o tą konkretną zawartość (bo bywały lepsze), ale o ogólne wrażenie. Przede wszystkim wiemy co kupujemy - zawartość ujawniona jest wcześniej, więc jeśli uznamy że nam nie odpowiada to po prostu odpuszczamy sobie kupno. Cena - 49 lub 59 zł w zależności od edycji nie zdrenuje zbytnio naszego portfela. Zawartość? Tak, często są to kosmetyki dość łatwo dostępne (ale nie tylko), za to przebitka cenowa bardzo często wychodzi zdecydowanie na duuuuży plus. Czym skusił mnie grudniowy Joybox?

niedziela, 11 grudnia 2016

Denko listopadowe

Powoli zbliża się połowa grudnia, a ja jeszcze nie rozliczyłam się z listopadowymi pustakami. Na swoje usprawiedliwienie mam głównie brak światła do zrobienia zdjęć i paskudne choróbsko, które męczy mnie od kilku dni :( Ale do rzeczy, nie zamierzam przeciągać, rozliczam się i zmykam znów do wyrka :)

piątek, 19 sierpnia 2016

Monga maluje. SIĘ. Wyzwanie - część trzecia :)

Wiecie co, moja nazwa bloga nie wzięła się znikąd. Ja naprawdę w ogólnie pojętej kwestii kosmetyków ciągle raczkuję, choć oczywiście nie da się ukryć, że moja wiedza w tej dziedzinie jest już nieco większa niż te dwa lata temu jak zaczynałam swoją przygodę z blogowaniem. Ale o ile w kwestii pielęgnacyjnej ogarniam coraz więcej, to w kwestii makijażu... hmmm... dyplomatycznie napiszę: ciągle się uczę :) Wydawało mi się też, że ilościowo kwestię kolorówki mam w miarę pod kontrolą, ale jak przygotowywałam się do tego posta to się okazało... że mi się tylko wydawało :)


niedziela, 3 lipca 2016

Denko czerwcowe

W poprzednim poście pokazałam Wam co nowego przywędrowało do mojej łazienki i kosmetyczki, a dzisiaj zobaczycie, czego się pozbyłam :) Lubię posty zakupowe, bo nowości zawsze cieszą, ale biorąc pod uwagę stan moich zapasów posty denkowe cieszą mnie bardziej. Zwłaszcza te, w których zużycia są dość pokaźne :) Jak było w czerwcu? Same zobaczcie:
 

W denku tradycyjnie znalazły się zarówno produkty które kupię i chętnie do nich wrócę, takie których nie kupię z różnych względów oraz takie co do których nie jestem do końca zdecydowana.


1 - DOVE - żel pod prysznic
Więcej o żelach Dove pisałam tutaj. Lubię je bardzo, dobrze się pienią, są gęste, przyjemnie pachną i nie wysuszają skóry. To wszystko czego oczekuję od żeli pod prysznic :)

2 - FARMONA - peeling do ciała
To właściwie nie peeling, a żel peelingujący. Lubię je, przyjemnie pachną, jak na żel peelingujący nieźle zdzierają. Jest jeszcze kilka wersji zapachowych, które chciałabym wypróbować, ale chyba jednak bardziej lubię te maluszki z Joanny.

3 - COSMODERMA - pasta cukrowa do depilacji
To był totalny niewypał, znalazłam go w Shinyboxie. Być może to brak umiejętności z mojej strony, ale nie udało mi się tą pastą zdziałać prawie nic. Około 15 minut zajęło mi wydepilowanie fragmentu łydki 5x5 cm. Wszytko wokół było obklejone pastą. Być może pasty cukrowe innych marek są lepsze, ta jak dla mnie jest beznadziejna.


4 - FLORESAN - rozgrzewająca maska do włosów
Dostałam ją od Sisi. To pierwsza maska, którą używałam przed szamponem - tak zalecał producent. Włosy po niej były przyjemne, miękkie, dobrze się rozczesywały i chyba rzeczywiście nieco szybciej rosły i nie wypadały tak bardzo. Nie powodowała szybszego przetłuszczania włosów, ale też go nie zmniejszyła (ale producent tego nie obiecuje). Opakowanie jest dość spore, ale wygodne w użytkowaniu. Zapach był dość neutralny, delikatny i przyjemny. Z chęcią jeszcze kiedyś do niej wrócę.

5 - BATISTE - suchy szampon
Na razie usilnie szukam swojej ulubionej wersji i ciągle kupuję nowe, żeby wypróbować ich jak najwięcej. Ta w działaniu oczywiście niewiele różni się od innych, skutecznie odświeża włosy, a biały nalot bezproblemowo daje się wyczesać. Jednak miałam już wersje bardziej przyjemne zapachowo (ten był taki nijaki) i to pewnie do nich będę wracać :)

6 - MARION - serum termoochronne
Suszarki i prostownicy nie używam zbyt często, dlatego to serum u mnie zużywało się strasznie długo. Mam nadzieję, że skutecznie wypełniało swoje główne zadanie - ochronę przed wysoką temperaturą. Niestety mam wrażenie, że powodowało szybsze przetłuszczanie się moich włosów.


7 - SYLVECO - tymiankowy żel do twarzy
Nie mam mu absolutnie nic do zarzucenia jeśli chodzi o działanie. Świetnie zmywa wszelkie zanieczyszczenia, domywa resztki makijażu, nie wysusza skóry. Opakowanie jest wygodne, pompka działa bez zarzutu. Ja jednak nie mogę się przekonać do kuchennego bądź co bądź zapachu na twarzy - lubię zapach tymianku, ale chyba jednak nie w łazience. Za to z chęcią wypróbuję jeszcze wersję rumiankową.

8 - AVON - maseczka do twarzy
Wśród kosmetyków Avonu zdarza mi się znaleźć perełki, ale jest też sporo kosmetyków przeciętnych. Taka też była maseczka ze śródziemnomorską oliwą z oliwek. Zapachem nie zachwycała (ale nie był to zapach nieprzyjemny), poziomem nawilżenia również. Miałam już sporo kosmetyków, po krórych nawilżenie było bardziej zauważalne i zdecydowanie bardziej długotrwałe. Tragedii przy używaniu nie było, ale szału też nie. Może lepiej spisze się u osób ze skórą normalną bądź mieszaną, sucharki takie jak ja mogą być nieco zawiedzione.

9 - SYLVECO - peeling do twarzy
O nim pisałam Wam całkiem niedawno, w tym poście. Polubiłam się z nim bardzo, świetnie wygładzał skórę, do tego ją nawilżał. Niektórym przeszkadza tłustawa warstewka, którą po sobie zostawia, ale ja pozbywałam się jej usuwając peeling gąbeczką Calypso. Więcej szczegółów znajdziecie w recenzji.

10 - BEEYES - maseczka do twarzy 
To miniaturka, którą znalazłam bodajże w Joyboxie. Chyba pierwszy raz w życiu przed użyciem kosmetyku robiłam sobie próbę uczuleniową - maseczka zawiera jad pszczeli. Maseczka miała dawać natychmiastowy efekt poprzez mikroobrzęki wywołane przez jad pszczeli, które wygładzają skórę, zmniejszając widoczność zmarszczek. U mnie nic takiego nie zauważyłam, ale też z drugiej strony zmarszczek nie mam zbyt dużo, ot kilka mimicznych :) Maseczka dość fajnie nawilżała, szybko się wchłaniała, można ją stosować pod makijaż. Cena? "Jedyne" 259 zł / 50 g. Jak dla mnie niestety za taką cenę maseczka robi za mało (a może używałam jej zbyt krótko).

11 - MAX FACTOR - tusz do rzęs 2000 Calorie
Tuszu 2000 Calorie używałam lata temu, później przestałam bo miałam wrażenie że ich jakość spadła. Podczas którejś promocji rossmannowskiej postanowiłam sprawdzić jak teraz spisze się na moich rzęsach. I spisuje się świetnie :) Nie skleja rzęs, ładnie je rozdziela, wydłuża, pogrubia i delikatnie podkręca. Nie ma z nim większych problemów przy demakijażu. W ciągu dnia się nie osypuje, czasami odbija mi się delikatnie na górnej powiece, ale to raczej wynika z długości moich rzęs. Szczoteczka jest klasyczna, z włoskami, a zauważyłam że takie u mnie spisują się najlepiej jak mam rzęsy "podrasowane" odżywką. Przy krótszych efekt nie jest aż tak dobry.

12 - ETRE BELLE - tusz do rzęs
Obiecuję sobie i Wam, że nie będę więcej robić zapasów jeśli chodzi o tusze do rzęs. Ta maskara przeleżała u mnie ładnych kilka miesięcy (oczywiście nie otwierana) zanim ją w końcu wyciągnęłam. I niestety okazało się że jest już nieźle podsuszona, a szkoda, bo bardzo ją lubiłam. Tutaj znajdziecie recenzję, w której porównuję ją z dziesięć razy tańszym tuszem z Lovely. Efekt jaki nią osiągniemy jest naprawdę fajny, ale podobny można też uzyskać tańszą wersją z Rossmanna :)

13 - WIBO - eyeliner
Wiem, że wiele z Was chwali ten eyeliner, ale u mnie nie do końca zdał on egzamin. Owszem jest idealnie czarny, wygodnie się używa, zwłaszcza na początku. Z czasem niestety pędzelek przestał być ładny i zbity, a tusz zaczął gęstnieć. Do tego pod koniec dnia eyeliner w zewnętrznym kąciku mi się wycierał i znikał.

14 - EVELINE - korektor pod oczy
Opakowanie tragedia pod względem estetycznym - napisy powycierały mi się już po kilku dniach :) Jeśli zaś chodzi o samo działanie to było dość przeciętne, z większymi cieniami raczej sobie nie poradzi (ja na szczęście nie mam z tym problemu), do tego korektor miał tendencję do ciemnienia (na szczęście nie na tyle, żeby się odcinać od podkładu). Czasami zbierał się w zmarszczkach, choć nie zawsze - być może zależało to od stopnia nawilżenia mojej skóry pod oczami :)

15 - SYLVECO - pomadka peelingująca
To moja chyba czwarta :) I na pewno nie ostatnia, więc jak się pewnie domyślacie - bardzo ją lubię. A dlaczego? Sprawdźcie w recenzji.


16 - SKIN79 - maska w płacie
O całej serii kolorowej pisałam Wam tutaj. Maska brązowa (przeciwzmarszczkowa) miała delikatnie cytrusowy zapach i była nasączona dość gęstym, mlecznym płynem. Po wchłonięciu nie było lepkiej warstwy, skóra miała delikatnie wyrównany koloryt i była gładsza. Nawilżenie było rewelacyjne, wyczuwalne widocznie jeszcze następnego dnia (nie musiałam używać kremu nawet rano). Moja ulubiona z całej piątki!

17-21 - próbki
Krem na dzień ze Stenders zapowiada się nieźle, szybko się wchłania, a nawilżenie jest całkiem przyzwoite. Balsam brązujący z Efektimy dawał dość słaby efekt, niemalże niewidoczny, ale może typowe bladziochy będą z niego zadowolone. Nie robi smug, łatwo się wchłania, ale dla mnie jest nieco za jasny. Peeling Marc Inbane znalazłam w kwietniowym Joyboxie. Zawierał malutkie drobinki podobne do korundu, ale nie tak mocne i skuteczne jak on. Skóra była przyjemnie nawilżona i nieco rozjaśniona, ale działanie zdzierające było średnie. Płynów do higieny intymnej z Ziaji kiedyś używałam bardzo często, ten zabrałam ze sobą na wyjazd. U mnie spisują się dość dobrze, a co najważniejsze - nie powodują podrażnień. Serum żelowe z kwasem hialuronowym od Norel chcę bardzo! Dobrze nawilża, szybko się wchłania, jestem ciekawa jak by się u mnie spisało na dłuższą metę.

No i dobrnęłam do końca :) A jak Wasze zużycia? Zrobiłyście już miejsce dla lipcowych pustaków?

piątek, 8 kwietnia 2016

WIBO - baza pod cienie

W ostatnim denkowym poście znalazło się opakowanie po bazie pod cienie z Wibo, chyba pora na napisanie o niej kilku słów :) Nawiasem mówiąc (pisząc) to kupiłam ją na zeszłorocznej kwietniowo-majowej promocji w Rossmannie; podobno kolejna rusza już 20 kwietnia :) Wybieracie się?


Kremowa baza pod cienie. Delikatna w dotyku konsystencja przedłuża trwałość cieni. Wygładza i rozjaśnia skórę. Formuła zawiera wosk pszczeli i wit. E. Sprawia, że kolory są bardziej intensywne i nie rolują się w załamaniach powiek, nawet po wielu godzinach. Testowany dermatologicznie.



Kosmetyki Wibo znajdziemy w Rossmannach, ale można je też kupić na stronie internetowej producenta. Regularna cena to 10,29 zł za opakowanie o pojemności 4 g.


Oryginalnie produkt zapakowany jest w kartonik, który widać na zdjęciach powyżej. A bezpośrednie opakowanie kosmetyku to czarny plastikowy słoiczek. Cholernie malutki, niewygodny słoiczek. Żeby nie było - miałam już bazy w podobnych opakowaniach (Bell, Joko), ale żadna nie sprawiała mi aż takich problemów z wydobywaniem ich z opakowania. Słoiczek ma maciupeńką średnicę, długie paznokcie dodatkowo utrudniają sprawę. Ja najczęściej nabierałam bazę wierzchnią stroną paznokcia, albo pędzelkiem. Opakowanie to co coś, co Wibo zdecydowanie powinno poprawić - wystarczyłoby, żeby słoiczek nie był u góry zwężany.


Baza jest w zasadzie bezzapachowa (przynajmniej ja nic konkretnego nie wyczuwam). Ma jasny, kremowo-fioletowo-szary pastelowy kolor, zawiera rozświetlające drobinki, które na powiece są prawie niewidoczne. Po rozsmarowaniu staje się przezroczysta, nie wyrównuje kolorytu powieki. Jeśli chodzi zaś o konsystencję to moim zdaniem jest w sam raz - nie jest zbyt tępa, łatwo się rozprowadza (jak już uda się ją wydobyć ze słoiczka ☺).


Kiedyś bardzo rzadko używałam cieni do powiek, ograniczałam się do tuszu do rzęs. Powodem były moje opadające i do tego dość tłuste powieki - same się pewnie domyślacie, że makijaż na nich wytrzymywał max 2 h, a przy wyższych temperaturach potrafił znikać i/lub rolować się nawet po pół godzinie. Przełomem w tej kwestii stało się moje odkrycie makijażowe - baza pod cienie. Nie wiem jak ja się uchowałam :) W każdym razie od tamtego czasu używam cieni do prawie każdego makijażu i w zasadzie jestem zachwycona! Tyle ogólnie.

A szczególnie? Znaczy się szczególnie w kwestii tej konkretnej bazy? Jest nieźle, choć nie powiedziałabym że szałowo (pomijam już nawet kwestię opakowania). Z całą pewnością baza świetnie podbija kolor cieni. Każde, nawet te z bardzo słabą pigmentacją bardzo wiele zyskują nałożone na bazę Wibo. Przedłuża ona również ich trwałość, stają się bardziej odporne na pocieranie, nie osypują się. Zresztą zobaczcie same - z lewej strony widać jak baza (nałożona na dolną część dłoni jak widać) wzmocniła kolor cieni. Cienie zresztą też są z Wibo :) Po prawej stronie widać efekt silnego pocierania dłoni - cienie na bazie mimo że wyraźnie bledsze nadal są widoczne, a przecież na powiekach nie narażamy ich na aż takie ekstremalne doznania.


Jak dotąd jest wszystko super, ale napisałam przecież wyżej że szału nie ma. Dlaczego? A no dlatego, że przedłużenie trwałości i zapobieganie rolowaniu nie jest tak rewelacyjne jak bym chciała. Na szczęście cienie nałożone na tą bazę wytrzymują spokojnie około 9-10 h bez większego uszczerbku (no, może delikatnie blakną), ale po tym czasie u mnie zaczynają się delikatnie zbierać w załamaniu. Z reguły ten czas wystarcza mi w zupełności - do pracy mam blisko, a po powrocie z niej z reguły i tak zmywam makijaż, więc wtedy nie ma problemu. Ale gdy po pracy biegam gdzieś po mieście załatwiając różne rzeczy to sprawa nie wygląda już tak różowo. Oczywiście to nie jest tak, że w jednej chwili makijaż staje się paskudny, a cienia w załamaniu powieki nie ma wcale. Po prostu widać gdzieniegdzie ubytki i prześwity, ale są one widoczne dopiero z bliska, po przyjrzeniu się. Na ulicy nikt nie powinien się nas wystraszyć :) I to jest właśnie moje zastrzeżenie do jej działania. Zaznaczam jeszcze raz, że moje powieki są nie dość że tłuste, to jeszcze opadające, więc i wymagania wobec bazy mam nieco większe. Te z Was, które nie mają takich problemów powinny być z bazy bardzo zadowolone (oczywiście pomijając kwestię słoiczka!), myślę że wtedy makijaż mógłby wytrzymać nawet kilkanaście godzin :)

A jaka jest Wasza ulubiona baza pod cienie? A może wcale nie musicie używać takich wynalazków?

niedziela, 3 kwietnia 2016

Denko marcowe

W ostatnim poście z marcowymi zakupami pisałam Wam, że nadal staram się uskuteczniać zmniejszanie zapasów. Dwa ostatnie denka były dość obfite, tym razem jest nieco skromniej. Ale przecież skromniej nie znaczy kiepsko, prawda? Ważne, że zapasy (mimo jakichś tam zakupów) ciągle się zmniejszają, a ich ilość już nie przeraża tak jak kilka miesięcy temu :)


W denku tradycyjnie znalazły się zarówno produkty które kupię i chętnie do nich wrócę, takie których nie kupię z różnych względów oraz takie co do których nie jestem do końca zdecydowana.


1 - DOVE - żel pod prysznic
Lubię żele Dove, pisałam o nich (choć akurat nie o tej wersji) w tym poście. Przyjemnie pachną, są gęste, kremowe, nieźle się pienią. Ten zawierał drobinki peelingujące, ale nie spodziewajcie się po nich zbyt wiele. W zasadzie to niczego się nie spodziewajcie :) Jest ich niewiele i działanie peelingujące jest naprawdę znikome. Najprawdopodobniej niedługo skuszę się na któryś z owocowych zapachów.

2 - HARMONIQUE - masło do ciała
To masło znalazło się w gronie moich ulubionych kosmetyków, a przecież ja nie cierpię tradycyjnych smarowideł! A to mnie jednak urzekło :) Pełną recenzję znajdziecie w tym poście, ale tu w skrócie napiszę, że urzekł mnie przede wszystkim zapach. Cudny - w pierwszej chwili czuć pomarańcze, ale a chwilę uwalniają się też korzenne nuty cynamonu i goździków, wszystko idealnie wyważone, świąteczne, boskie. Do tego zapachu dochodzi również fantastyczna konsystencja, szybkie wchłanianie, dobre nawilżenie. To masło pokazało mi, że mogę polubić tradycyjne smarowidła do ciała :) Nie wiem jednak czy je kupię, bo do najtańszych nie należy.

3 - ORGANIQUE - mydło glicerynowe
Mydło w kostce. No w kostce. A ja nie za bardzo lubię takie :) To pachniało przyjemnie cynamonowo, dobrze się pieniło. Nie kupię go więcej, bo zdecydowanie bardziej wolę żele pod prysznic.


4 - BATISTE - suchy szampon
To, co lubię w szamponach Batiste, to ich skuteczność - dobrze odświeżają włosy nie pozbawiając ich przy tym blasku, delikatnie podnoszą je u nasady. Biały nalot który pozostawiają (to nie dotyczy wersji dla brunetek, ona zostawia ciemny nalot ☺) bez problemu można wyczesać lub wetrzeć we włosy. Ta wersja (Eden) to edycja limitowana, przecudnie pachnie i pewnie z uwagi na zapach będę chciała do niej wrócić.

5 - TIMOTEI - szampon do włosów
Generalnie produkty Timotei spisują się na moich włosach całkiem nieźle. Na tą wersję z ekstraktem z henny zdecydowałam się licząc na to, że być może wydobędzie z moich włosów obiecany blask i głębię koloru. Liczyłam też na to, że na moich włosach pojawią się refleksy podobne do tych, które pojawiały się dzięki odżywce Timotei Drogocenne Olejki. Niestety nic takiego się nie stało :( Szampon był całkiem w porządku, ale bez szału. Dobrze się pienił, nie powodował szybszego przetłuszczania się włosów.


6 - BIOLAVEN - płyn micelarny
Chciałam wrzucić link do recenzji, a okazuje się że recenzji nie ma :) Będzie zatem na dniach, a na razie Wam napiszę że najbardziej przeszkadzał mi lawendowy zapach. Nie lubię zapachu lawendy, a wiedząc jak pachnie żel do twarzy tej marki liczyłam na winogrona. Niestety micel pachnie zdecydowanie lawendowo. Nie jest tez tak skuteczny, jak jego starszy brat - lipowy micel z Sylveco. Ale ogólnie nie jest źle :)

7 - NOREL - krem pod oczy
Pisałam Wam o tym kremie tutaj. Krem mimo swojej bogatej, dość treściwej konsystencji całkiem nieźle się wchłania, stosowałam go również rano kiedy każda minuta jest dla mnie ważna. Dobrze współpracował z pozostałymi kosmetykami kolorowymi - podkład, korektor, puder. Nawilżenie było zauważalne, a co więcej - utrzymywało się nawet jeśli przez dzień czy dwa nie użyłam kremu. Z minusów - pompka nie sięga do samego końca i jest problem z wydobyciem reszty kosmetyku. No i srebrna farbka odchodzi z opakowania, co nie wygląda zbyt estetycznie.

8 - ZIAJA - tonik do twarzy
Taki sobie zwyklaczek, który nie wiem czy robił cokolwiek. Może i nawet odświeżał, ale nawilżenia po nim nie zauważyłam żadnego, nałożenie kremu było konieczne od razu. Zapach delikatny, nienachalny no i przyjazna cena.


9 - ETRE BELLE - maska kolagenowa
Maska w płacie - mocno mokra (tak jak  maski ze Skin79), dobrze trzymała się twarzy. Nawilżenie całkiem niezłe. Etre Belle sprzedaje niestety te maski tylko w zestawach po 10 szt. wraz z serum i taki zestaw kosztuje około 199 zł, więc się nie skuszę:)

10 - SKINLITE - płatki kolagenowe pod oczy
Taki gadżet. Nawilżenie delikatne, raczej doraźne niż długotrwałe. Mimo, że nie jest to żaden szałowy produkt to lubiłam go używać :)


11 - DIADEM - róż rozświetlający
Zużyłam w zasadzie cały, połamała mi się sama końcówka, której już i tak nie bardzo miałam jak nabierać na pędzel :) Róż znalazłam w jednym z Shinyboxów i nie spodziewałam się po nim zbyt wiele. A okazał się naprawdę całkiem fajny - trafił mi się dobry kolor, róż miał przyjemną konsystencję i dobrą pigmentację. Nie wiecie gdzie można je kupić stacjonarnie?

12 - MAGICLASH - serum do rzęs
O tym serum, które robi NIC pisałam Wam całkiem niedawno, w tym poście. Czteromiesięczne regularne używanie nie przyniosło absolutnie żadnych efektów. Coś tam mi nawet jeszcze zostało w opakowaniu, ale wyrzucam, bo kupiłam już sobie sprawdzone serum Long4Lashes.

13 - ETRE BELLE - cień w kredce
Też z jakiegoś starego Shinyboxa. Mimo że ucieszyłam się z koloru (srebrnoszary), to niestety kredka się u mnie totalnie nie sprawdziła. Niezależnie od tego czy nakładałam ją na bazę czy używałam bez bazy, maksymalnie po dwóch godzinach zaczynała mi się zbierać w załamaniu powieki. Dawała radę jedynie gdy używałam jej do samych kresek (ale i to bez szału).

14 - SUMITA - kredka do oczu
Kolejny Shinyboxowy nabytek - bardzo udany. Piękny czekoladowy brąz, kredka była miękka, utrzymywała się na powiece cały dzień. Dzięki niej zaczęłam częściej używać kredek do oczu, a rzadziej eyelinera :) Szkoda tylko że jest taka droga - duża (tzn. normalna ☺) kosztuje 79 zł, a miniaturka (taka, jaką miałam) 49 zł.

15 - WIBO - baza pod cienie
Recenzja tej bazy pewnie niedługo ukaże się na blogu. Niesamowicie podbija kolor cieni, wydłuża ich trwałość. Za to niesamowicie wkurzał mnie ten maciupeńki słoiczek, z którego trudno się wydobywało bazę.

Tyle udało mi się zużyć w marcu. Opakowania wyrzucam i zaczynam zbierać kwietniowe śmieci :) A jak Wam poszło zużywanie w marcu?

czwartek, 4 lutego 2016

Denko styczniowe i kilka wyrzutków

Moje nowości styczniowe (dość skromne) mogłyście podejrzeć kilka dni temu, teraz przyszła pora na pożegnanie się z pustakami - trzeba zrobić miejsce na kolejne śmieci :) Zużywanie w styczniu poszło mi całkiem sprawnie, do tego zrobiłam przegląd kolorówki i kilka rzeczy wylądowało w koszu.


W denku tradycyjnie znalazły się zarówno produkty które kupię i chętnie do nich wrócę, takie których nie kupię z różnych względów oraz takie co do których nie jestem do końca zdecydowana.


1 - EVELINE - balsam pod prysznic
O rajuśku jak on pachnie! Jeśli lubicie czekoladowe klimaty w kosmetykach to koniecznie musicie go wypróbować :) Do tego ma całkiem fajne działanie, po więcej szczegółów zapraszam do recenzji. Jedynym minusem jest to, że pod koniec opakowania pompka nie daje rady i trzeba rozcinać butelkę.

2 - BODY BOOM - peeling kawowy
Niewielkie opakowanie z Shinyboxa. Dość mocny zapach palonej kawy, aromat cynamonu był prawie niewyczuwalny. Działanie całkiem fajne, peeling dość dobrze złuszczał naskórek, nieźle zdzierał, a do tego pozostawiał skórę delikatnie natłuszczoną. Nie da się ukryć że przy okazji robił sporo bałaganu pod prysznicem, a to papierowe opakowanie średnio zdaje egzamin - łatwo namaka. Do tego dość wysoka cena powoduje, że nie wiem czy się jeszcze skuszę na ten peeling.

3 - AA - kremowy żel do mycia ciała
Rzekłabym: taki se. Bez szału - mył, pienił się dość dobrze, nie wysuszał, ale zapach nie do końca mi odpowiadał, był taki słodko kwiatowy.

4 - YVES ROCHER - żel pod prysznic
To jakaś limitka o zapachu owoców leśnych. Lubię żele YR, dobrze się pienią, nie wysuszają, najczęściej zachwycają zapachem. Tu zachwytu może nie było, ale było całkiem przyjemnie - jogurtowo-owocowo :) Nie wiem czy kupię ten konkretny zapach, ale na pewno będę kupować żele z tej serii.


5 - BATISTE - suchy szampon
Od dość długiego czasu w mojej łazience zawsze musi stać jakiś suchy szampon - te z Batiste sprawują się wyśmienicie; odświeżają rzeczywiście na cały dzień, łatwo się wyczesują, lekko unoszą włosy u nasady, nie matowią ich zbytnio. Ta wersja z granatem i jaśminem dodatkowo pięknie pachnie (dość podobnie do wersji Eden), ale to limitka, nie wiem czy ją jeszcze gdzieś kupicie, w każdym razie ja dawno jej nie widziałam.

6 - SYLVECO - płyn micelarny
Oj, nie ma recenzji? A zdjęcia na dysku są :) Recenzja będzie i to całkiem pozytywna, bo Sylveco to kolejny udany kosmetyk tej marki. Delikatny, a przy tym skuteczny.


7 - AA - krem matujący intensywnie nawilżający
Miałam go z Joyboxa. Sama bym się na niego nie zdecydowała, bo przeznaczony jest do cery mieszanej i normalnej a ja mam suchą, ale okazało się że całkiem nieźle radził sobie z nawilżaniem. Mam jeszcze jedno opakowanie, które dostałam w wyprzedażowym Joyboxie.

8 - SYIS - krem pod oczy
A to moje rozczarowanie, o którym pisałam Wam tutaj. Bardzo słabe nawilżenie, ciężko się wchłaniał przy grubszej warstwie (w zasadzie to przy grubszej warstwie się nie wchłaniał). Cieszę się że się skończył.

9 - GARNIER - krem na noc
A to za to bardzo pozytywne zaskoczenie. Dziwna budyniowa konsystencja, trudny do określenie zapach (czasem go lubiłam, a czasem wręcz przeciwnie), ale za to dość szybkie wchłanianie i satysfakcjonujące mnie nawilżenie :) 


10 - ENKLARE - serum regenerujące
U mnie niestety nic nie zregenerowało. Stosowałam je tylko na noc, bo powodowało rolowanie się kremów i podkładów. Słabe nawilżenie, ale całkiem przyjemny miętowy zapach i orzeźwienie przy stosowaniu. To niestety za mało, żeby zagościło u mnie ponownie. Recenzję znajdziecie tutaj.

11 - INGRID - serum intensywnie odmładzające
To serum za to stosowałam rano :) Zawierało bardzo malutkie drobinki rozświetlające, w zasadzie niewidoczne na twarzy. Dobrze współgrało z pozostałymi kosmetykami, nie podrażniało. Wygodne opakowanie z pipetą nie sprawiało problemów, ale nie do końca odpowiadał mi zapach, był jakiś taki chemiczny. No i najważniejsze - w sumie to nie zrobił z moją twarzą nic szczególnego - nie stała się jędrniejsza, bardziej odżywiona, wygładzona, nawilżona itp. Wypróbowałam, zużyłam i więcej nie wrócę.

12 - SKIN79 - maska w płacie
Całkiem przyjemna, pachnąca lekko cytrusowo. Całkiem nieźle nawilżała, skóra po jej zastosowaniu była gładka i przyjemna w dotyku. Jeśli chcecie wiedzieć więcej o tej i innych maseczkach z kolorowej serii to zapraszam Was do tego wpisu.

13 - YASUMI - maseczka rozgrzewająca
Rzeczywiście rozgrzewała, pachniała przyjemnie czekoladowo. Byłam z niej zadowolona, ale chyba bez większych zachwytów bo nie pamiętam szczegółów :)

14 - ORIFLAME - maseczka Royal Velvet
Dostałam ją od koleżanki, która jest zachwycona jej działaniem i zawsze w promocji kupuje ją na zapas :) Mnie nie zachwyciła, nawilżenie przeciętne, innych widocznych efektów nie zaobserowałam.


15 - LIV DELANO - krem do rąk
Zupełnie nieznana mi marka - ten balsam do suchej skóry znalazłam w Shinyboxie. Niestety szału nie było. Nie spodobał mi się zapach, a działanie też nie zachwycało. Bardzo szybko się wchłaniał, ale nawilżenie było krótkotrwałe.

16 - EVELINE - krem do rąk
Oba opakowania tego kremu-serum pochodzą z wyprzedażowych Joyboxów. Miałam już kiedyś krem-maskę z Eveline i szczerze mówiąc nie widzę między nimi różnicy. Świetny krem do pracy - błyskawicznie się wchłania, ale rozczarujecie się jeśli liczycie na intensywne nawilżenie - jest po prostu przeciętne.


17 - PAESE - podkład Matt it Up
Wkurzał mnie aplikator w formie łopatki, zdecydowanie bardziej wolę pompki! Nie matowił, miał dzieny, niezbyt przyjemny zapach i dość szybko ścierał się z twarzy.

18 - MARIZA - puder ryżowy
Świetny produkt! Matowił skórę na długi czas (ale ja nie mam większych problemów ze świeceniem się skóry), nie bielił, nie pylił się zbytnio. To było moje drugie opakowanie, ale chętnie jeszcze wrócę do tego pudru w przyszłości.

19 - LOVELY - tusz do rzęs
Bardzo go lubię - dobrze rozczesuje rzęsy, nie skleja ich, ładnie je podkręca, lekko wydłuża i pogrubia. Nie osypuje się, trzyma się na rzęsach cały dzień. Lekko wygięta silikonowa szczoteczka - taka jaką lubię. Jedynym minusem jest jego dość szybkie wysychanie. Efekt jaki daje na rzęsach możecie zobaczyć w tym poście.

20 - YVES ROCHER - tusz do rzęs
Mascara Volume Elixir to chyba pierwszy tusz z YR, z którego jestem w miarę zadowolona. Podkreślam: w miarę zadowolona, bo zachwytów nie ma. Szczoteczka tradycyjna, tusz lekko wydłuża i pogrubia rzęsy, nie jest tak suchy jak pozostałe tusze z YR których używałam. Całkiem poprawny, choć cudów nie zdziałał.


21 - WIBO - rozświetlacz Diamond Illuminator
Mój pierwszy rozświetlacz zakupiony pod wpływem zachwytów połowy blogosfery :) Uległam i nie żałuję. Piękna delikatna tafla w szampańskim kolorze, niska cena - polubiłam do bardzo i już używam kolejne opakowanie.

22 - ESSENCE - eyeliner
Niby wodoodporny, a wcale tak nie było. Końcówka pisaka dość szybko wyschła, chyba jednak pozostanę przy eyelinerach w kałamarzykach, z pędzelkiem.

23 - SYIS - jajeczko do podkładu
Bardzo polubiłam ten sposób aplikacji podkładu. Nie miałam nigdy oryginalnego Beauty Blendera, więc nie wiem czy gąbeczka z Syis jest do niego bardzo zbliżona czy tylko trochę. W każdym razie podkład nanoszony tym sposobem ładnie wtapia się w skórę, wygląda bardzo naturalnie. Jak widać moja gąbeczka jest już sfatygowana i popękana, ale to nie dziwne - używałam jej prawie codziennie od około roku.

24 - BELL - konturówka automatyczna
Nawet nie wiem skąd ją mam. Odcień 01 to brudny róż z lekką domieszką brązu. Całkiem ładny kolor. Konsystencja konturówki odpowiednio twarda, ale jednak miękko i łatwo sunęła po ustach. Trwałość dość przeciętna, równo się ścierała z ust. No i plus za to, że nie trzeba jej temperować :)

25 - GLAZEL - kredka do brwi
Shinyboxowe pozytywne zaskoczenie. Mój chyba pierwszy produkt do brwi i od razu taki, z którym się polubiłam. To już druga zużyta kredka, mam jeszcze czarną, ale jej używam zdecydowanie rzadziej. Obecnie jestem na etapie poszukiwania idealnego dla mnie produktu - mam cienie prasowane, cień w kremie, żel, ale niewykluczone że do tej kredki jeszcze wrócę. Miała odpowiedni kolor, a jej lekko woskowa konsystencja delikatnie trzymała włoski w ryzach.


A to już - jak widać - wyrzutki. Duo cieni Virtual miało datę ważności do 1/2014, a że mam podobne odcienie to tych nie używałam już dawno i ich nie potrzebuję. Ale sprawowały się dobrze, miały dość dobrą pigmentację, nie osypywały się, na bazie trzymały się cały dzień i nie rolowały. Czwórkę cieni z Wibo kupiłam już dawno i rzadko używałam, bo się potwornie pyliły i osypywały. Kamuflaż z Glazel w za jasnym dla mnie kolorze znalazłam w Shinyboxie. Leżał sobie nieużywany, a teraz się okazało, że wysechł :P Kamuflaż z Paese dotarł do mnie przeterminowany i w za ciemnym kolorze :( Szkoda, bo ma dość fajną konsystencję musu i chętnie bym go wypróbowała. Baza/Top z Silcare do manicure hybrydowego szału nie robiła, miała gorszą trwałość niż Semilac, a poza tym uszkodziła mi się nakrętka z pędzelkiem. Lakiery hybrydowe Silcare, z których jeden był kiedyś pastelowym różem (chyba 590), a drugi mlecznym nudziakowym brązem (chyba 620), a po czasie zrobiły się jakieś brudnożółte.

I koniec :) Jeśli chodzi o zapasy to widzę już światełko w tunelu, a poza tym zaczynam zbierać nowe opakowania. A Wy dużo zużyłyście w styczniu?

czwartek, 22 października 2015

Shinybox październik 2015

Shiny się chyba uparło, żeby boxy dostarczać nam po dwudziestym zamiast (jak to miało być) w okolicach połowy miesiąca. Od początku było wiadomo, że w tej edycji pojawi się kolorówka, więc byłam prawie pewna, że moje Shinystars będą bezpieczne :) Czy miałam rację?


Shiny - tak jak w zeszłym roku - wyglądem i hasłem przewodnim "Think pink" nawiązało do października jako miesiąca walki z rakiem piersi. "Każda z nas jest piękna i wyjątkowa! Dzięki październikowej edycji ShinyBox Think Pink podkreślisz swoją niepowtarzalną urodę, ale także przypomnisz sobie o najważniejszej kwestii jaką jest troska o zdrowie. Bądź piękna i zatroszcz się o siebie razem z ShinyBox!"


Pierwsze co mnie zaskoczyło to waga pudełka. Było bardzo, naprawdę bardzo lekkie. Ale to przecież nie musi oznaczać nic złego, zwłaszcza że miała być kolorówka, a te produkty raczej do ciężkich  nie należą :) W każdym pudełku znalazło się 7 produktów, w tym trzy pełnowymiarowe. I aż trzy produkty to kolorówka - taka sytuacja nie zdarza się w Shiny często (w zasadzie to nie wiem czy kiedykolwiek się zdarzyła). A co konkretnie było w moim pudełku?

CLARENA - kawiorowy krem do biustu z efektem Push Up
Średnia cena 76,00 zł / 200 ml - w pudełku znalazła się miniatura o pojemności 30 ml (11,40 zł)
Info od Shiny: Kawiorowy krem do biustu z efektem Push Up. Krem zawiera Voluform™, czyli kompleks aminokwasów, który działa na trzech płaszczyznach. W pierwszej fazie jego działania następuje detoksykacja skóry, w drugiej ujędrnienie i pobudzenie syntezy fibroblastów, w trzeciej wzrost komórek tłuszczowych. Modeluje biust, nawilża i wygładza skórę.


Można się było domyślić, że w pudełku znajdziemy krem do biustu - wpisuje się w tematykę pudełka :) Czy jestem z niego zadowolona? Teoretycznie tak, bo miniatura pozwoli na kilkukrotne użycie kremu, ale w moim przypadku tych użyć nie będzie zbyt dużo.

SUMITA - kredka do oczu
Średnia cena 75,00 zł / szt - dostałyśmy wersję mini, która w sklepie producenta kosztuje 49,00 zł
Info od Shiny: Nic nie równa się z głębią i bogactwem koloru tych antymonowych kredek. Bogate w olejki kredki umożliwiają płynną i miękką aplikację w wewnętrznym kąciku oka i nad powiekami. Ekstrawaganckie i nie pozostawiające smug kolory odmienią Twoje oczy jednym pociągnięciem kredki. Mieszaj, eksperymentuj, makijaż pozostanie na miejscu cały dzień i całą noc. Mix kolorów.


Znów kredka... Bardziej liczyłam na eyeliner. Na szczęście nie jest czarna - ma piękny gorzkoczekoladowy kolor, jest dość miękka. Mam nadzieję że będzie się dobrze spisywać, choć akurat kredek do oczu używam rzadko. Za to kolor trafił mi się najlepszy (moim zdaniem) ze wszystkich sześciu dostępnych.

L'OCCITANE - szampon do włosów Cytrynowa Werbena
Średnia cena 59,00 zł / 250 ml - w pudełku znalazła się miniatura po pojemności 50 ml (11,80 zł)
Info od Shiny: Szampon Cytrusowa Werbena orzeźwi Twoje włosy oraz zapewni im witalność, połysk i sprężystość. Do tego nada im zapach organicznej werbeny z Prowansji i słonecznych owoców cytrusowych.


Pachnie bardzo przyjemnie - lubię cytrusowe nuty. Taka wielkość świetnie sprawdzi się na jakiś wyjazd, więc chyba na razie poczeka na swoją kolej. Ale już z góry wiem że nie kupię pełnowymiarowej wersji ze względu na cenę.

L'OCCITANE - odżywka do włosów Cytrynowa Werbena
Średnia cena 68,00 zł / 250 ml - dostałyśmy miniaturę o pojemności 50 ml (13,60 zł)
Info od Shiny: Ultra świeża odżywka Cytrusowa Werbena pomoże Ci rozplątać i wygładzić włosy. Pozostawi je jasne, błyszczące i łatwe do ułożenia. Do tego nada im zapach organicznej werbeny z Prowansji i słonecznych owoców cytrusowych.


Tu w zasadzie mogłabym skopiować to co napisałam powyżej :)

DIADEM - róż rozświetlający do policzków
Średnia cena 14,50 zł / 6,5 g - w pudełku znalazł się produkt pełnowymiarowy
Info od Shiny: Róże rozświetlające stanowią delikatne wykończenie makijażu. Perfekcyjnie modelują kształt twarzy i podkreślają miejsca, gdzie zostały naniesione. Polecane do każdego rodzaju skóry. Dodatkowo wypukła struktura różów pozwala na precyzyjną aplikację. Za każdy zakupiony przez Ciebie kosmetyk, DIADEM sfinansuje DWIE GODZINY (2H) edukacji dla dyskryminowanych z powodu płci dziewczynek i kobiet w krajach Trzeciego Świata.


W pudełku mógł znaleźć się jeden z trzech odcieni tego różu; do mnie trafił numer 03 (Urokliwa morela). kolor bardzo mi się spodobał, pasuje do mojej karnacji. Róż posiada rozświetlające drobinki, ale nie są to na szczęście jakieś duże brokatowe drobiny. Róż pachnie jak zasypka dla dzieci :) Mój róż na szczęście dotarł cały, ale Shiny chyba nie uczy się na błędach (z cieniami Glazel), bo widziałam że sporo dziewczyn dostało kosmetyk w kawałkach.

WIBO - tusz do rzęs Queen Size
Średnia cena 8,00 zł / 11 g - dostałyśmy produkt pełnowymiarowy
Info od Shiny: Maskara pogrubiająca i wydłużająca, która pozwala na uzyskanie efektu pełnych rzęs w ekspresowym tempie. Dzięki dużej, gęstej szczoteczce wygiętej w łuk maskara nadaje objętość już po kilku pociągnięciach, unosi i podkręca nadając efekt kociego spojrzenia. Tusz do rzęs Queen Size to absolutna premiera i nowość na polskim rynku. Klientki ShinyBox mają możliwość przetestowania tego produktu jako pierwsze w Polsce!


Kolejna maskara do mojej kolekcji... Nie otwieram jej oczywiście, bo nie ma sensu żeby wysychała. Gdyby nie moje zapasy w tej kategorii to chyba nawet bym się ucieszyła, mimo że to taka taniocha.

DELIA - roll-on pod oczy
Średnia cena 12,00 zł / 15 ml - w pudełku znalazł się produkt pełnowymiarowy
Info od Shiny: Liftingujący roll- on pod oczy z serii Hyaluron Fusion marki DELIA. Roll- on przeznaczony jest do stosowania pod oczy aby walczyć z oznakami zmęczenia i ze zmarszczkami. Posiada unikalny program +3D Hyaluron fusion stworzony dla kobiet oczekujących natychmiastowych efektów w pielęgnacji przeciwzmarszczkowej. W rezultacie stosowania zyskujesz intensywne nawilżenie do 24 h, wygładzenie drobnych zmarszczek, redukcja oznak zmęczenia, rozświetlone spojrzenie.


Poważnie? W zeszłym miesiącu był krem pod oczy. Ten na szczęście ma długą datę ważności, więc spokojnie będzie mógł poczekać na swoją kolej. Udam że nie wiem, że te kosmetyki to pozostałości z Inspired by Anna Wendzikowska :P

Oczywiście dodatkowego pudełka za punkty nie zamówiłam, czekam na lepszą okazję. Czy pudełko mi się podoba? Chyba mniej niż średnio. Jestem zadowolona z różu, kredka ma ładny kolor, ale ja kredek rzadko używam. Maskar mam zatrzęsienie, kremami pod oczy też niedługo będę mogła zacząć handlować. Krem do biustu (zwłaszcza mojego) o pojemności 30 ml to żaden szał, miniatury z L'occitane tez mnie nie porwały, choć oczywiście przydadzą się i je zużyję.


To pudełko utwierdziło mnie w przekonaniu, że powinnam zrezygnować z subskrypcji, teraz czekam jeszcze do grudnia, bo szkoda mi odpuścić prezent dla subskrybentek, zresztą te świąteczne edycje były raczej dobre.

Jak Wam się spodobała październikowa edycja Shinybox? Zamawiałyście?